***

Rekrutacja do edycji XII Imperiusa wystartowała pod tym adresem: http://imperius.chilioi.webd.pl/index.php

***

Zapraszamy do ImperWiki

* * *
Koniec edycji XI (finalna tura 544), trwają przygotowania do startu edycji XII.

Wydarzenia

Awatar użytkownika
Skryba
Posty: 9394
Rejestracja: 09 lis 2016, 17:43
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: Wydarzenia

Postautor: Skryba » 09 cze 2018, 18:51

Królestwo Arreatu, Królestwo Mureliany
532 RS*

*Roku Solickiego
Slider3.jpg


Gdzieś na granicy Ordyńsko - Arreackiej..

- Nowy dom! Nowe możliwości! A potem odzyskamy naszą utraconą ziemię! - mówił w euforii radości i przekonaniu młodzieniec.
- Spokojnie Hariri, spokojnie - odrzekł starzec podpierający się popękaną w kilku miejscach laską. - Kto wie co czeka nas w tej ziemi. Nie oni pierwsi obiecywali, nie oni ostatni.
- Jesteś zgorzkniały dziadku, nic więcej. Odzyskamy nasze ziemie, zapewniam Cię.
Zapewne dziad rzekłby jeszcze jakieś mądre słowa swojego rozemocjonowanymi wnukowi gdyby nie krzyk przewodnika ich grupy uchodźców.
- Ludzie! Na ziemiach tych cholernych barbarzyńskich koniarzy wybierają właśnie władykę. Te dzikusy nie będą nas niepokoić jak będziem granice przechodzić!
Wzniósł się okrzyk radości. Ludzie popatrzyli po sobie i zaczęli rzucać się sobie w ramiona.
- Ziemia obiecana.. - westchnął dziadyga i wsiadł na przejeżdżający wóz.

Tymczasem na ziemiach Królestwa Arreatu, nadanych dla ludu jandaridzkiego...

Strażnicy karnie ustawili się wzdłuż korytarza pałacowego. Zniżając z szacunku głowy obserwowali spode łba poruszające się sylwetki ciągnące do pokoju pałacowego gdzie miała odbyć narada a zaraz po niej uczta. Zacni Panowie w zdobionych szatach i ciągnące się za nimi kobiety i niewolnice znaleźli się w końcu w wyznaczonym przez gospodarza miejscu.
- Słuchajcie! Z nadania Króla Arreatu Boraxa "Szarego" z plemienia Targos ustanowiono bejlik jandaridzki! Niech żyje! - rzekł starszy człowiek z papierem w ręku.
- Niech żyje! Niech żyje! Niech żyje!
- Jako już wiecie tron bejowski przypadł obecnemu tu z nami szanownemu Imadowi Udinowi! Niech żyje!
- Niech żyje! Niech żyje! Niech żyje!
- Ucztujmy więc - niech żyje Arreat! Niech żyje lud jandaridzki!

W ogólnym zamieszaniu i krzykach nawet czujnemu obserwatorowi mogła umknąć rozmowa dwóch postawnych ludzi.
- Rozumiem, że pospólstwo ściąga do nas masami?
- Dobrze rozumiesz. Pewnie wiesz, też że władztwo i zaszczyty już rozdzielone przez lokalną szlachtę?
- Zgadłeś - odpowiedział uśmiechając się półgębkiem.

Patrząc na wiwatujących na jego cześć zebranych Imad Udin pomyślał krótko: "Ci głupcy z Despotatu Millingów nie pojęli, że zajęcie się sierotami po Andrahacie w tak małej gestii nie przysporzy im zysków. Borax to musiał przewidzieć"
A tymczasem bejlik bogaci się pracą i majątkiem nowo przybyłych. Był to zaiste strzał w dziesiątkę. Zwłaszcza, że Jandaridzi naprawdę wierzą, że niebawem wojna z Ordą i wyzwolenie ich kraju - Orda ma problemy, oni dostali autonomię, beja, ba, nawet świątynię!

Regiony przygraniczne Królestwa Mureliany

Nie tylko z ziem ordy ciągną masy uchodźców. Lud jandaridzki, ma zamiar przekroczyć również granicę Mureliany blokującą im dostęp do obiecanych ziem Arreatu.
Jest tylko jeden problem. Stefan zwany Okrutnikiem zażądał myto za przejście. Dla udręczonego, biednego i marginalizowanego ludu to nie do przyjęcia. Zakonnicy pilnujący granicy ponoć zbiera się na kołomyję, więc pozostaje królewska straż granicy. Na razie udaje im się utrzymywać porządek, ale powoli dochodzi już do niepokoi, które łatwo mogą przerodzić się w zamieszki. Czyżby miał wybuchnąć pełnoprawny bunt? Co wtedy zrobi Borax? Albo Volkan Aydin? Czy zbierze swoją chorągiew i ruszy na pomoc? Na pewno jedno wiadomo. Iskra rzucona w złe miejsce może spowodować pożar.

  • Do nowo ustanowionego bejliku jandaridzkiego w Arreacie ściągają uchodźcy jandaridzccy z ziem Ordy i Królestwa Mureliany.
  • wcześniej już zbiegła (po upadku Andrahatu) szlachta jandaridzka w Arreacie obsadziła stanowiska nowo powstałej autonomii, bejem Imad Udin
  • Na granicy Królestwa Mureliany i Królestwa Arreatu niepokoje związane z opłatą graniczną ustanowioną przez Króla Stefana Okrutnika dla uchodzców.
  • Bejlik bogaci się pracą i majątkiem nowoprzybyłych
I1: Kintore, I2: Arges, I3: Thanlocke, I4: Hazarlarim, I5: Karia, I6: Larraine, I7: Finsternis, I9: Samarkanda, I10: Teredon, I11: Dunthain/GM
Awatar użytkownika
Badet
Posty: 5370
Rejestracja: 09 lis 2016, 21:07
Lokalizacja: Fronty

Re: Wydarzenia

Postautor: Badet » 13 cze 2018, 14:53

Królestwo Naggaroth
532 RS*

*Roku Solickiego
Obrazek


Renfred Rykker, przywódca małej rybackiej wioski Duskendale w zachodnim Naggaroth stał nad brzegiem wpatrując się w horyzont morza. Mina mężczyzne, o słusznej posturze i dojrzałym wieku nie należała do tych szczęśliwych, zdawał się być zirytowany, ale jednocześnie i zatroskany. Nad brzegiem wioski stało już większość łodzi należących do lokalnych rybaków, czyścili oni swoje łódki, łatali żagle, ciosali wiosła i obrabiali ryby by przygotować się na kolejny dzień i kolejny połów. Brakowało jednak jednej z łodzi, dla Renfreda najważniejszej, albowiem popłynęli nią jego dwaj synowie, Jaremy i Rufus. Przywódca wioski przerabiał to nie raz, wzywany przez ważniejszych od siebie do opłacenia podatków, czy wysłuchać jakiegoś obwieszczenia pozostawiał chłopców samych sobie, którzy szukając doznań oddalali się daleko poza bezpiecznie połowiska z których korzystali mieszkańcy Duskendale. Renfred poczuł wyraźnią ulgę i spokój i głęboko westchnął, gdy zobaczył na horyzoncie znajomą łódź. Jego obaj synowie siedzieli przy wiosłach rytmiczne i z nauczoną już wprawą zbliżali się w stronę brzegu. Gdy tylko do niego przybili, starszy z braci Jaremy wyskoczył z niej jak poparzony i pobiegł w kierunku ojca:
- Znowu żeście wypłynęli poza połowiska!
- Zginiemy, wszyscy zginiemy! - Wykrzyczał niski, ale krępy chłopak, był widocznie zdenerwowany i przerażony - Rosby spalone! Widzieliśmy ich, widzieliśmy! Czarne maszty! Darklen złupione!
Renfred złapał syna za barki i mocno nim potrząsnął
- Spokojnie! Mów, że jaśniej! Jaśniej i wolniej!
Jaremy delikatnie ochłonął, aczkolwiek dalej pełen emocji kontyunował
- Spotkaliśmy rybaków z Rosby, płyneli do Lys! Ponoć Tortuga spaliła ich wioskę, Darklen i kilka innych i szykują się na nas! Wszyscy zginiemy, wyrżną nas! - chłopak spojrzał na ojca i raz jeszcze się uspokoił - bij na alarm! Biegnijmy powiadomić Króla!
Renfred opóścił ramiona i raz jeszcze spojrzał w otchłań morza, długo bił sie z myślami. Rozejrzał się po zatroskanych mieszkańców wioski po czym z żalem dodał:
- Król nam nie pomoże... mówili nam, że strażnicy zbierają się i zamykają w miastach, gdzieś mają Duskendale i inne małe wioski, jesteśmy zdani na siebie, pakujmy się i uciekajmy zanim będzie za późno.
Mężczyzna odwrócił się i już miał pójść w kierunku domu, zatrzymał się jednak, gdy tylko głos krzyk Starego Steffona:
- Już jest za późno...
Gdy tylko odwrócił się z przerażeniem zobaczył pirackie maszty na horyzoncie, usłyszał krzyki, a wszyscy w okół niego rzucili sie do panicznej ucieczki, on sam jednak stał jeszcze przez chwilę bez ruchu, nie mógł w to uwierzyć. Duskendale miało dołączyć do Rosby i Darklen i do wielu, wielu innych nadbrzeżnych wiosek Naggaroth.

  • Wybrzeże Naggaroth splądrowane, armia i flota ochraniały jedynie miasta.
*miejsce na mądrą sentencje*
Ironfoot


I7: Związek Saliski, I8: Hrabstwo Nowego Sohail, I9: Królestwo Naugrimów, I10: Konglomerat AAAR (Auralen-Asturia-Artois-Rzesza)
gg: 57514667
Awatar użytkownika
Badet
Posty: 5370
Rejestracja: 09 lis 2016, 21:07
Lokalizacja: Fronty

Re: Wydarzenia

Postautor: Badet » 26 cze 2018, 16:06

Palatynat
534 RS*

*Roku Solickiego
Obrazek


Dolizm i Solizm dzielą krótką, ale skomplikowaną historię... Początkiem dolizmu stało się objawienie którego przed ponad osiemdziesięciu laty doznał Angus de Morris, szlachcic z Amboise. Nawiedzić miał go wtedy archanioł Raziel, który nakazał mu nieść słowo o jednym bogu o dwóch obliczach... Angus de Morris szybko zgromadził wokół siebie grupę uczniów i zaczął nauczać na terenie dzisiejszego Palatynatu, wtedy pogrążonego w chaosie wojny domowej okresu rozpadu Imperium Drachenów. Angus miał wtedy osobiście zaprzyjaźnić się z palatynem Peterem II, który stał się pierwszym z dolickich władców Imperiusa. Angus zginął w roku 454, podczas podróży za Panor, jak twierdzą dolici - zamordowany przez obawiających się go solickich kapłanów. Tak już więc same początki relacji obu wielkich religii Imperiusa naznaczone były krwią...

Dolizm szybko rozprzestrzenił się w całym Palatynacie, który dzierży palmę pierwszeństwa i jest siedzibą Wielkiego Teogonisty - głowy kultu. W ciągu połowy stulecia rozprzestrzenił się on do Fryslan, jak i na tereny dawnego Solaroi, gdzie stał się dominującą wiarą Velletri (a więc dzisiaj i Republiki), wypierając tam miejscowe kulty solickie i pogańskie. Rzeka Panor miała jednak w praktyce stanowić granicę wpływów dolizmu - choć spore grupy jego wyznawców zamieszkiwały w Alzacji. O ironio Alzacja została w wyniku pokoju kończącego Drugą Kołomyję, przekazana solickiemu zakonowi Mieczowników... Co miało stać się przyczyną wielu napięć w przyszłości. Na wzajemne relacje solitów i dolitów rzutować miały wojny okresu końcu cesarstwa - Drachenowie dopuścili się wielu okrucieństw w Amboise, gdy podczas stulecia swej władzy prześladowali tam solizm - a tłumiąc powstanie Jana de Amboise, złupili wiele świątyń i klasztorów, w tym Wielką Katedrę. Tym samym wojna wyzwoleńcza przeciw Imperium szybko zyskała sobie naturę wojny świętej - Drugiej Kołomyi. W tamtych czasach Imperium było nadal krajem pogańskim - w którym jednak zamieszkiwało wielu solitów, ba z wojskami Kołomyi walczyli nawet soliccy poddani Imperatora z Panorii, poddanej silnym wpływom Generii, Sjudaleny czy Amboise. Wspomnienie Drugiej Kołomyi nadal żyje w pamięci solitów i choć walczono wtedy z poganami, to z czasem zaczęto silnie utożsamiać dolizm z Drachenami - a i więc Palatynatem...

Po załamaniu się Imperium wzajemne stosunki obu religii pozostawały w stanie napięcia, acz były stabilne. Wszystko zmieniło się wraz z Soborem Prawdy, gdy dolicka delegacja która przybyła na Sobór, szybko go opuściła, ograniczając się do mowy przeciw Zakonowi Mieczowników (który w owym czasie był szczerze znienawidzony przez swoich dolickich poddanych). Na Soborze dolizm został jednogłośnie obwołany herezją, co zniweczyło wszystko szanse na pojednanie... W owym czasie, dolici zaczęli negocjacje z Tacją, której odmiana solizmu również (choć minimalną przewagą głosów) została uznana za heretycką. Wszystko wskazywało na to, że może dojść do unii solizmu tacyjskiego i dolizmu - do czego jednak nie doszło w czasie Wielkiego Koncylium, które jednak wzmocniło jedność dolitów. Tymczasem w Alzacji, wzajemna wrogość doprowadziła do wojny, w której arcysolickie Amboise i arcydolicki Palatynat wspólnie wystąpiły w obronie swoich interesów, walcząc ze zbuntowanymi mieszczanami i Naugrimami. Długa wojna przyniosła liczne rzezie po obu stronach i masowy eksodus ocalałych dolitów - i choć zakon upadł na samym początku konfliktu, dając nadzieję na trwały pokój, to ta okazać się miała płonna...

Gdy arcyksiążę Lotar zaatakował Palatynat, wykorzystując trwający konflikt na południu i osłabienie Drachenów wojną w Naggurd, wojna szybko stała się świętą - Wielki Teogonista ogłosił świętą wojnę przeciw solitom - na co Synod Amboise odpowiedział ogłoszeniem Czwartej Kołomyi. Choć w Generii i Sjudalenie zakwestionowano jej "prawne podstawy", to dla miejscowych fanatyków wystarczyło to aby z nowym zapałem zacząć się wzajemnie mordować...

W roku 533, po zwycięstwie nad wojskami Tacji i Palatynatu, armie solitów opanowały Drachię. Nie byłoby to szczególnie warte wspomnienia, gdyby nie fakt, że znajdowały się tutaj dwa miejsca o kluczowym znaczeniu dla Drachenów - a także i dla dolizmu. Były to Kaiserburg - dawna imperialna stolica i zamek Selem - siedziba Wielkiego Teogonisty i miejsce pochówku Angusa de Morris - proroka dolizmu. Pokonana dracheńska armia wycofała się do Sternwaldu, nie broniąc prowincji... W ślad za nią podążył Wielki Teogonista, który aktualnie przebywa w Revenburgu. Armie solitów składały się w przeważającej części z fanatyków, żołnierzy ogarniętych zapałem świętej wojny, którym towarzyszyły liczne grupy spragnionych łupów najemników. Nie trudno było się domyśleć co się stało, gdy dotarli oni do Kaiserburga i Selem... Dowódcy zaś nie zamierzali im w żaden sposób przeszkadzać.

Kaiserburg płonął. Nie wiadomo kto podłożył ogień, jednak pożary szalały już drugi dzień. Była to agonia wyniszczonego orgią grabieży i bezrozumnej destrukcji miasta. Mimo że wielu opuściło już miasto, to nadal szalały po nim bandy fanatyków i zwyczajnych maruderów. Poczty rycerskie przeszukiwały rezydencje bogaczy czy monumenty wzniesione niegdyś na chwałę Imperium. Nie zamierzano dawać pardonu nikomu - niezależnie od wieku i płci. Jedną z ulic dawnej stolicy mknął konno rycerz, w zbroi tak pokrytej sadzą i krwią, że niemożliwym było rozpoznanie jego herbu. Jego równie brudną twarz wykrzywiał wyraz szaleństwa. Rycerz popędzał spienionego konia, jednocześnie wymachując mieczem i nie wrzeszcząc, a wyjąc w niebo. Wyglądało to tak jakby jakiś demon zstąpił na ziemię... Zresztą kto wie, czy tego dnia w Kaiserburgu nie pojawiła się inkarnacja śmierci we własnej osobie... Grupa kilku knechtów nie zwracała jednak uwagi na ogarniętego żądzą krwi wariata. Dobierali się oni właśnie do kamienicy o zdobionym froncie, która jakimś cudem nie zwróciła wcześniej uwagi innych grup łupieżców. Potężne uderzenie belki pozwoliło na wybicie drzwi. Żołnierze wpadli do środka... W kącie pomieszczenia kulił się właściciel, wraz ze swoją rodziną. Zdobione ubranie które nosił wskazywało na to, że dobrze wybrali. Samozwańczy dowódca powiedział krótko.
- Dawaj złoto i srebro! Już!
- Paaanie! - załkał mieszczanin. - Nic już nie ma, wszyystko zabrali!
- Łżesz świnio. - warknął knecht. Jego spojrzenie padło na kulące się za mężczyzną kobiety, a twarz żołnierza rozciągnęła się w okrutnym uśmiechu.
- Nawet jak nic nie ma, to przynajmniej się zabawimy.
- Litooości! - zawył kupiec. Knecht uderzył go w głowę okutą pałką - na tyle mocno, że padł na ziemię. Kobiety zaczęły krzyczeć... Nic jednak nie mogło ich dzisiaj uratować. Podczas gdy dowódca cieszył się pierwszym miejscem w "kolejce", pozostali grabili kamienicę. Złota faktycznie było mało - któryś z żołnierzy wpadł jednak na genialny pomysł. Może chciwy kupczyk połknał co cenniejsze ruchomości? Sprawnie rozkroił go jak świniaka i zaczął grzebać w jego bebechach...

Tymczasem w dawnym pałacu imperialnym trwała o wiele bardziej zorganizowana grabież. Herbowi i ich ludzie przeszukiwali komnaty i krypty dawnej siedziby władców Drachenów. Nie minęło wiele czasu, gdy pewien Alzatczyk wpadł na pomysł przeszukania grobowców... W końcu kto wie z czym pochowano zmarłych! Marmurowe płyty były rozbijane ciosami młotów, a kości zmarłych wyrzucane na podłogi krypt - zaś wszelkie klejnoty z którymi ich pochowano trafiały do przepastnych kieszeni i przezornie zabranych worków.... Gdy zaś skończono - podłożono ogień. Pałac płonął niczym pochodnia, oświetlając noc...

Prócz chaotycznej grabieży, trwały jednak o wiele bardziej dokładne poszukiwania kilku konkretnych przedmiotów. Przed kilkoma laty palatyn odzyskał z rąk Hermudów dawno skradzione imperialne regalia... Ich pokazowe zniszczenie niewątpliwie byłoby widowiskowym gestem - a grabiący okolicę żołnierze również chętnie zabraliby te klejnoty... Plotki głosiły, że regalia mogą być ukryte w Kaiserburgu albo Selem - jednak nigdzie nie trafiono nawet na ich ślad... Wskazywałoby na to, że zdołano je wywieźć - albo że prawdziwą jest plotka, jakoby ukryto je w budzącej grozie Wieży Czaszek. Choć więc w tej kwestii solici musieli obejść się smakiem, to w Selem znaleziono coś równie "dobrego".

Podczas gdy fanatycy grabili wota złożone przez pokolenia pielgrzymów i kłócili się o zawartość skarbca Teogonisty, grupa pod przewodnictwem jednego z kapłanów zeszła do podziemi zamku Selem. Spodziewali się tam znaleźć ostateczną nagrodę... I się nie zawiedli. Niewiele czasu zajęło zanim znaleźli wspaniale zdobiony sarkofag Angusa de Morris, będący celem pielgrzymek dolitów. Ucieczka Teogonisty musiała być zaiste pospieszna, skoro nie zdążono zabrać ciała. Wysuszone zwłoki zostały wyciągnięte z trumny i osadzone na tronie Wielkiego Teogonisty.
- Spójrzcie bracia! - perorował kapłan o wygolonej głowie, w prostej szacie z naszytym symbolem solizmu. - Oto fałszywy prorok dolitów! Oto język przeklęty, oto ten który siał nieprawość, a ta wydała zły plon! Zło należy wyplenić! Tak jak palimy chwasty, wypalmy i ten wrzód! W ogień!
- W ogień! - krzyknęli zebrani. Unieśli tron z kościotrupem i w swoistej parodii procesji, ponieśli go na dziedziniec, gdzie usypywano stos z wszelkiego rodzaju świętych pism, obrazów czy rzeźb. Na jego szczycie osadzono tron ze zwłokami Angusa. Przyłożono pochodnię. Po chwili stos zapłonął. Była to niejaka ironia, że zwłoki proroka religii, która chciała oczyszczać zwłoki grzeszników ogniem, teraz płonęły w jej najświętszym miejscu... Niedługo potem podpalono również i samo Selem... Przybyła w trzy dni potem rota najemników urządziła w ruinach katedry burdel wojskowy - ostał się bowiem całkiem spory kawałek dachu...

Po kilku dniach orgii grabieży i morderstw, Selem i Kaiserburg zostały spalone i nieomal całkowicie zniszczone - pozostały po nich tylko ruiny, zamieszkałe przez wrony i dzikie psy. Ci z mieszkańców którzy nie zdołali uciec, zostali wymordowani lub poszli w niewolę. Niedługo potem Panorczycy mieli symbolicznie posypać ruiny obu tych miejsc solą - tak aby nigdy się już nie odrodziły. Morale armii solitów znacząco się poprawiło po tych aktach destrukcji - zwłaszcza że w ich trakcie wzięto bardzo obfite łupy - w grabieży i niszczeniu co ciekawe prym wiedli Panorczycy (których również było o wiele więcej, co zwiększało ich szanse w wyścigu po co lepsze kąski), których armia nieomal całkowicie zburzyła to co pozostało po Selem i Kaiserburgu, zostawiając tylko morze ruin... Wieści o tym co się wydarzyło docierają również do dolitów, dla których jest to niewątpliwie duży cios dla morale - zniszczone zostało zarówno serce dolizmu jak i starego Imperium...


  • Zamek Selem, siedziba Wielkiego Teogonisty zniszczony przez solitów.
  • Kaiserburg, stolica dawnego Cesarstwa Drachenów zniszczony przez Panorczyków i Ambozyjczyków.
  • Apogeum nienawiści między solitami i dolitami.
*miejsce na mądrą sentencje*
Ironfoot


I7: Związek Saliski, I8: Hrabstwo Nowego Sohail, I9: Królestwo Naugrimów, I10: Konglomerat AAAR (Auralen-Asturia-Artois-Rzesza)
gg: 57514667
Awatar użytkownika
Badet
Posty: 5370
Rejestracja: 09 lis 2016, 21:07
Lokalizacja: Fronty

Re: Wydarzenia

Postautor: Badet » 28 cze 2018, 14:24

Północ Imperiusa
534 RS*

*Roku Solickiego
Obrazek


Trzask płomieni pochłaniających wiejskie chaty, huk zapadających się dachów, krzyki mordowanych mężczyzn i gwałconych kobiet... Symfonia wojny, tej prawdziwej, dotykającej każdego. Wielkie bitwy, powiewające na wietrze sztandary i bohaterskie szarże rycerstwa mogą być opiewane w pieśniach przez minstreli, jednak każdy wie jak wygląda prawdziwe, okrutne oblicze wojny. Maszerujące armie raz za razem pustoszyły północ, grabiąc i paląc - obojętne pod jakim znakiem występowały. Teraz przyszła pora na pewną niewielką wioskę, która była tak nieistotna, że nie miała nawet własnej nazwy. Grupa maruderów może i nie znalazła tu zbyt wiele obfitych łupów, poza kilkoma wychudzonymi krowami, za to miała całą masę "zabawy" z wieśniakami.

Jon ukrywał się w krzakach, ze zgrozą przypatrując się horrorowi rozgrywającemu się na jego oczach. Bał się ruszyć - wtedy mogliby go zobaczyć i zabić, tak jak pozostałych... Brakowało mu też odwagi, aby jak sąsiedzi stanąć w obronie swych rodzin - choć próba walki przy pomocy rolniczych narzędzi z grupą żołnierzy była z góry skazana na niepowodzenie. Nagle powietrze rozdarł kolejny krzyk... niepokojąco znajomy. Jeden z maruderów wywlekł z pobliskiej stodółki młodą dziewczynę, ciągnąć ją za włosy. Chłop bez problemu rozpoznał swoją córkę, która musiała próbować skryć się w sianie... Ale to nie była pierwsza wieś którą złupili przybysze i dobrze już znali te numery.

W Jonie coś pękło. Z krzykiem wypadł z krzaków i chwycił za leżące na ziemi widły. Zaskoczony żołnierzy nie zdążył nawet sięgnąć po miecz, zanim został przebity na wylot.
- Kamraaaci! - zdążył jednak wrzasnąć. Ze wszystkich stron nadbiegło kilku maruderów, dzierżących obite metalem pałki... Kilkanaście ciosów później, jedno z uderzeń pozbawiło w końcu Jona przytomności.

Ocknął się, leżąc w zimnym błocie. Wstawał poranek... Cuchnący spalenizną i śmiercią. Niepewnie wstał i pomacał się po głowie... Krew zaschła, tworząc zwarty strup i choć wszystko go bolało to żył... Najwyraźniej żołnierze uznali że nie żyje i zostawili go gdzie padł. Jon niepewne rozejrzał się wokół. Wszystkim co pozostało były spalone ruiny i ciała jego rodziny i sąsiadów. Kilka kroków dalej nadal leżał trup żołnierza - najwyraźniej rana zadana widłami okazała się być śmiertelna, a towarzysze nie zamierzali nawet go pochować. Jon niepewnie wstał i podszedł do ciała. Nadal był tam miecz... Mężczyzna podniósł go i ruszył przed siebie, nie oglądając się na ruiny wioski. Nie czuł już nic... Nawet bólu.

***


Wsie Tercenii były ludne i bogate... Widać było, że miejscowym się powodzi, a przodkowie im błogosławili. Armie szybko przemierzały kraj, ścierając się w imię ambicji swych władców, chcących przesunąć niewidzialne linie na mapie lub pomścić dawne urazy. Zostawiało to wiele możliwości dla odpowiednio przedsiębiorczych i rzutkich ludzi... Którzy byli gotowi uszczknąć coś dla siebie z tego całego bogactwa.

Henry, jeszcze niedawno sierżant w armii generyjskiej ze wzgórza panoramę okolicy. Tak, zapowiadał się pracowity dzień... Jego banda łotrów już niecierpliwiła się na myśl o kolejnej wsi którą będą mogli złupić. Ich samozwańczy dowódca z kolei przeliczał w myślach zgromadzone już monety i precjoza... Jeszcze jedna taka wojna, może dwie i będzie mógł do końca życia jedynie pić ambozyjskie wino i obłapiać karczemne dziewki...
- No dobra, koniec podziwiania widoczków. - powiedział do swoich ludzi. - Ja jadę prosto i zabijam sołtysa, wtedy wsióry tracą rezon, jeśli go mieli. Jon, weźmiesz swoich i zajedziesz wioskę z boku, na wypadek gdyby chcieli uciekać. Wieją z reguły młodzi i silni, a takich da się sprzedać... W okolicy kręci się ten skośny karypel ze wschodu, dobrze płaci...
Jon spokojnie skinął głową i bez słowa zaczął schodzić ze wzgórza. Małomówny bandyta zawsze przerażał Henry'ego. Wszystko co robił, morderstwa, gwałty czynił przerażająco... obojętnie. Jak gdyby nie przynosiło mu to żadnej radości. I te oczy... Puste i jakby pozbawione życia...

***


Wioska płonęła... Jego ludzie zatracili już wszelkie pozory karności i każdy rzucił się grabić na własną rękę. Jon spokojnie szedł pomiędzy płonącymi budynkami... Jedna ze stodół nadal stała nienaruszona... Zawsze znalazł się ktoś kto naiwnie spróbował się w niej ukryć... Zawsze warto było przegrzebać stóg siana. Gdy wchodził do środka, wydawało mu się, że kątem oka zauważył jakiś ruch... Musiało to jednak być złudzenie wywołane przez trzaskające wokół płomienie...


  • Liczne wojny na północy skutkują odrywaniem chłopstwa od wsi.
  • Pojawienie się nowych najemników - Psów Wojny.
*miejsce na mądrą sentencje*
Ironfoot


I7: Związek Saliski, I8: Hrabstwo Nowego Sohail, I9: Królestwo Naugrimów, I10: Konglomerat AAAR (Auralen-Asturia-Artois-Rzesza)
gg: 57514667
Awatar użytkownika
Skryba
Posty: 9394
Rejestracja: 09 lis 2016, 17:43
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: Wydarzenia

Postautor: Skryba » 03 lip 2018, 11:06

Amboise
534 RS*

*Roku Solickiego
agincourtmiddleb.jpg


Setki, a może nawet tysiące rycerzy zajmowało swoje miejsca w szeregach. Strzemię przy strzemieniu formowali oni kolejne linie, gotując się do nadchodzącej bitwy. Słońce powoli wspinało się na niebie, aby niedługo osiągnąć swój zenit, jego promienie odbijały się w zbrojach rycerzy Amboise, sprawiając że wydawali się przypominać bardziej zastępy niebios, niźli zwyczajnych wojowników. Nad armią górowały sztandary i chorągwie z herbami największych rodów i liliami arcyksięcia. Były to ostatnie chwile spokoju przed nadchodzącą bitwą. Potężne, hodowane specjalnie do wojny konie, których przodkowie przybyli wraz z Ambozyjczykami ze wschodnich stepów, niespokojnie rzucały głowami, jak gdyby wyczuwały nadchodzące starcie. Większość rycerzy siedziała spokojnie w siodłach, starając się nie pokazać po sobie niepokoju który towarzyszył nawet najbardziej zaprawionym w walce wojownikom. Młody Piotr de Boulogne wiercił się jednak niespokojnie w siodle. Dopiero niedawno dotarł za Panor i miała to być jego pierwsza bitwa. Przestaną go nazywać gołowąsem, a gdy powróci z Kołomyi, z pewnością panny spojrzą na niego o wiele przychylniejszym okiem.

Przed frontem wojsk krążyli kapłani w białych szatach, błogosławiący przed kolejnym starciem z heretykami. Modlitwy niosły się wzdłuż szeregów, a ciężki zapach kadzideł wydawał się upajający. Gdy zakończyły się modły, przybył arcyksiążę. Jego pancerz zdobiony w czerwone lilie Amboise nie pozwalał pomylić go z nikim innym. Najwyraźniej zamierzał przed szarżą przemówić do swoich rycerzy i zagrzać ich do boju. Piotr nie słyszał jednak dokładnie słów władcy - będąc w jednym z dalszych szeregów i trawiony gorączką oczekiwania na nadchodzącą bitwę.
- À la victoire! - zaczęli krzyczeć rycerze, gdy tylko arcyksiążę skończył przemawiać. Piotr dołączył do tych krzyków. Rycerze pewnie chwycili za kopie i popędzili konie. Przed nimi czekało szerokie pole. Po drugiej stronie stały czarne zastępy Drachenów i tacyjskie legiony. Nad ich szeregami górowały dwie ogromne chorągwie ze znakami złotego słońca i dwugłowego orła. Żołnierze palatyna opuścili piki i halabardy, a sierżanci zaczęli wykrzykiwać rozkazy. Wśród nich najczęściej powtarzał się jeden:
- Schießen! Schießen! - i kusznicy wystrzelili.

To był koszmar. ponury koszmar. Tak przynajmniej widział do Piotr. Gdy padł pod nim koń, rażony celnym bełtem, został wyrzucony z siodła jak z katapulty. Uderzenie o ziemię było niezwykle bolesne. Jednak prawdziwy ból nadszedł dopiero gdy przebiegający obok, oszalały z bólu wierzchowiec kopnął go w głowę. Hełm wytrzymał, jednak nie mógł pozbyć się szumu. i wrażenia nierealności. Wszystko dobiegało do niego jakby z oddali - wrzaski umierających, kwik koni i szczęk broni. Wszystko to zlewało się w jedno. Młody rycerz niepewnie szedł naprzód, rozglądając się wokół niepewnie. Pozbawione jeźdźców konie tratowały wszystko na swojej drodze, kolejne chorągwie próbowały szarży, grzęznąć pośród trupów. Drachenowie zaś wyrwali się z szyku, aby kłuć i rąbać rozproszonych rycerzy Amboise. Piotr szedł naprzód, mijając coraz większe grupy rycerzy, które umykały, chcąc ratować życie. Ponad szum przebił się okrzyk.
- Lilia! - najwyraźniej gdzieś tam, gwardia arcyksięcia ruszała do kolejnego ataku.
Wszystko działo się zbyt szybko. Ktoś nadbiegał, ktoś dzierżący solidną, okutą kolcami pałkę. Zanim choćby de Boulogne zdążył sięgnąć po miecz, cios w głowę litościwie pozbawił go przytomności.

Świadomość powróciła wiele godzin później. Krew z rozbitej głowy zdążyła już zaschnąć, tworząc twardą skorupę. Młody rycerz niepewnie podniósł się z ziemi i zdjął poodbijany hełm. Czyżby trafił do zaświatów? W Niebiosach nie powinno tak boleć. Ani tak śmierdzieć. A może to piekielna otchłań o której mówili czasem szaleni kaznodzieje? Ale przecież wojownicy za wiarę nie winni tam być. A zatem to musiała być rzeczywistość. Potoczył wzrokiem wokół. Otaczały go trupy. Morze trupów. Gdzie nie spojrzał, formowały one wręcz zwały. Wszędzie cuchnęło krwią, mięsem i odchodami. Nie tak miało to wyglądać. Nie było chwały. Jedynie ból i śmierć. Rycerz zwymiotował. Dopiero po kilku minutach doszedł do siebie na tyle, aby wstać i ruszyć w stronę Panoru. Tak przynajmniej mu się wydawało. Po pobojowisku grasowały grupy maruderów, oddzierających zwłoki z wszelkiego dobytku i odpędzających od co lepszych kąsków sępy i zdziczałe psy. Te chętnie przenosiły się gdzie indziej. Tego dnia czekała je uczta na szlachetnym mięsie.

***


Choć tradycje rycerskie nie narodziły się w Amboise, to w dzisiejszym Imperiusie stanowiło ono niejako ich synonim, będąc znanym jako kraj licznego i wojowniczego rycerstwa i ośrodek kultury, promieniującej na sąsiednie kraje. Etos rycerza był czymś, co wydawało się być trwałym jak skała - a kolejne pokolenia szlachetnie urodzonych rządziły rozległymi połaciami kraju, gdy to było konieczne - stając na polu bitwy, aby walczyć za arcyksięstwo. Gdy zwołana została IV Kołomyja, ogromne masy rycerstwa pociągnęły na zachód, aby położyć kres Palatynatowi. Jak to jednak bywa na wojnie, szczęście odwróciło się od Ambozyjczyków i próbując przedrzeć się do nadciągających sojuszników z Panorii, zostali oni otoczeni przez wojska Palatynatu i Tacji. Bitwa do której wtedy doszło była kompletną katastrofą, bardziej rzezią niż zwyczajną bitwą. Prawdopodobnie była to największa klęska rycerstwa pod względem poniesionych stratach, którą przyćmić mogło tylko Krwawe Pole. Ocenia się, że przeszło ponad połowa (a jest to ostrożne przypuszczenie) rycerzy Amboise poległa w tym starciu, zadając druzgoczący cios wielu rodom jak i szlachcie jako klasie społecznej.

Późniejsze zwycięstwo pod Heidelbergiem pozwoliło na zniwelowanie taktycznych konsekwencji tej porażki i wypchnięcie dolitów z Drachii. Teraz wojska Kołomyi stoją u progu dracheńskiej stolicy - Revenburga. W Amboise obudziły się jednak uśpione do tej pory "demony".

Konflikt "technokratów" z Akademii Amboise z rycerstwem trwał od wielu lat - jak do tej pory ograniczał się on jednak tylko do pełnych pasji mów na salach wykładowych czy wyklinania "przeklętej młodzieży, której w rzyciach się poprzewracało" na szlacheckich dworach. Wichry zmian wieją na całym Imperiusie, a w Amboise objawiły się one w radykalizacji żaków i bakałarzy Akademii, którzy dla rycerstwa stali się szybko synonimem wszystkiego co złe. Gdy tylko wieści o rozmiarach klęski dotarły do Amboise, bakałarze poczuli wiatr w żagle i wysłali poselstwo do arcyksięcia - które wraz z petycją ruszyło aż do dalekiej Drachii, aby tam szukać panującego w obozie wojskowym. W petycji przedstawili prosty ale rewolucyjny postulat - przekazania większej władzy w ręce wychowanków Akademii, którzy uformowaliby nową i rozszerzona biurokrację arcyksięstwa, na której oparła by się władza - nie zaś na przetrzebionej szlachcie. Technokraci obiecują postęp i wzrost dochodu korony - wskazując że mogłoby zostać przekazane na stałe wojsko zawodowe, jak choćby nowe bataliony pancerne (których powołania szlachta również nie przyjęła zbyt ciepło). Tym samym arcyksięstwo miałoby zacząć odchodzić od i tak przetrzebionego ruszenia szlacheckiego, na rzecz nowej - w pełni profesjonalnej armii.

Petycja ta wywołała zrozumiałą wściekłość ocalałych z bitwy rycerzy jak i wciąż mocnej alzackiej szlachty, która jest blisko związana - a z reguły również i spokrewniona z ambozyjskimi możnymi. Szlachetnie urodzeni zaczęli wzywać do zlinczowania bakałarzy którzy przybyli z petycją, rozpędzenia Akademii i aresztowania profesorów. Uczynione miałoby to być w imię obrony praw i tradycji rycerstwa (a tradycja to rzecz święta!). Choć można zauważyć pewne analogie do tego co wydarzyło się w Generii, to pozycja szlachty i jej przywileje w Amboise nigdy nie była tak silna jak niegdyś w Generii, czy terach w Tercenii albo chociażby Sjudalenie - a Amboise brakuje wpływowych rodzin możnowładczych książąt, którzy w znacznej mierze kreują politykę Sjudaleny, czasem występując nawet przeciw Jadeitowemu Tronowi. Feudalizm w Amboise ma relatywnie liberalną formę, a główną siłą szlachty była jej liczebność i bitność - która to siła została teraz w znacznej mierze zniwelowana.

Arcyksiążę nie opowiedział się po żadnej ze stron, zapewne nie chcąc ryzykować konfliktu wewnętrznego w sytuacji wojny. Konflikt z Palatynatem jest inny od wszystkich poprzednich - obie strony czyniąc go świętą wojną, gotowe są doprowadzić do totalnej zagłady przeciwnika, walcząc o swoje "być albo nie być". W tej sytuacji potrzebna jest jedność i każdy miecz, jaki zdoła uderzyć w Drachenów. Plotki głoszą jednak, że arcyksiążę sympatyzuje ze środowiskami Akademii (podobnie jak jego krewniacy), która jest niejako jego "dzieckiem" i to takim z którego można być dumnym. Akademia jest największym i najbardziej prestiżowym uniwersytetem Imperiusa, prawdziwą kuźnią idei i talentów, z której wywodzą się liczni artyści, urzędnicy czy inżynierowie i której projekty są z zadowoleniem przyjmowane przez dwór. Arcyksięcia kusi, aby absolwentów akademii, którzy udowodnili już swoje kompetencje w kancelarii dworskiej, mianować nie tylko na doradców - ale i oprzeć na nich nową administrację prowincjonalną, zastępując w ten sposób stare szlacheckie struktury (a to byłoby w Amboise novum). W sytuacji gdy wiele z tych stanowisk i tak wakuje, jako że ci którzy je obejmowali zginęli, takowa reforma byłaby o wiele prostsza - bo odeszłaby konieczność rugowania szlachty ze stanowisk i na to najbardziej liczy Akademia. W sytuacji możliwego skłócenia narodu, arcyksiążę nie postawił jednak na żadną ze stron - przynajmniej na razie i ogłosił, że w roku 535 zwołane zostaną Stany Generalne, gdzie po odpowiedniej dyskusji i wysłuchania argumentów stron podjęta zostanie decyzja. Stany nie były zwoływane przez całe dotychczasowe panowanie Lotara - co świadczyć może o wadze problemu.

Drugą ważną, choć nie tak drażliwą i dzielącą arcyksięstwo sprawą jest kwestia chaosu w dobrach rycerskich. Przerzedzenie szeregów szlachty przetrzebiło lub wręcz unicestwiło wiele linii rodów, lub wręcz całych rodzin szlacheckich, pozbawionych dziedziców lub wszystkich męskich członków. Tym samym zapanował chaos prawny, a wiele lenn jest opuszczonych. Prawa dziedziczenia w Amboise są stosunkowo jasne, jednak nierzadko trzeba szukać bardzo daleko wśród przodków, aby znaleźć nowego dziedzica. I choć genealogia jest sztuką, to przy takiej otchłani czasu, bywają i tutaj pewne zawirowania - fałszerze w końcu istnieją nie od dziś. Tym samym jeżeli nie odnaleziony zostanie dziedzic, to tytuł winien wrócić do korony. Jednak zdarza się że do korony wraca sam tytuł, a ziemię zagrabią dalsi krewniacy czy ambitny sąsiad.

Kancelaria arcyksięcia robi co może, jednak urzędnicy utknęli w zwałach dokumentów, herbarzy, wykazów genealogicznych ściąganych z klasztorów i spraw sądowych i brakuje jej już ludzi, choćby po to aby wysyłać ją w teren i bezpośrednio zbadać kwestie pozbawionych dziedziców lenn, zagrabionych ziem czy tytułów które należałoby ponownie włączyć do ziem koronnych, co byłoby najbardziej skutecznym rozwiązaniem. Na tym swoistym polu bitwy stanęły zastępy małoletnich potomków, kobiet, starców i dalszych (często zbiedniałych) krewnych tych poległych na zachodzie, którzy starają się jak tylko mogą opanować sytuację. Jednak problem dopiero się zaczyna - a wraz z nim wysyp procesów o ziemię, które nawet wcześniej były głównym źródłem zajęcia sądów. A co dopiero w takiej sytuacji bez precedensu! Koniecznym będzie rozwiązanie tego węzła gordyjskiego - co ma zapewne nastąpić również podczas obrad Stanów Generalnych - a trudno będzie nie nadepnąć przy tym nikomu na odcisk.

Choć kryzys ten niewątpliwie przysporzy siwych włosów na głowie Lotara, to jest to prawdopodobnie najlepsza okazja jaka trafiła się, aby zmienić oblicze kraju i pójść w ślady Generii - choć postulaty technokratów nie dorównują radykalizmem reformom Warenzów, a szlachta wyginęła w wyniku bitwy, a nie planowanej czystki, co daje nadzieje na łagodniejszy przebieg zmian - których wymiar również może być znacznie mniejszy. Młodzi i ambitni z niecierpliwością czekają na to co przyniesie przyszłość, wierząc w to, że nadchodzi ich czas - czas postępu, a starzy obawiają się tego, że właśnie przemija chwała świata - i nadchodzi kres dawnego rycerskiego Amboise. Wizja tego co miałoby odejść w żadnym wypadku ich nie cieszy, a raczej napawa strachem, gniewem i odrazą. Kto wie... może zmiany w Amboise będą znakiem tego co w niedługim czasie czeka resztę kontynentu, a czego preludium były wydarzenia w Generii, a wcześniej Velletri? Nikt nie wie jak skończy się ta sytuacja. a sprawy zapewne w ten czy inny sposób wyjaśnią się podczas Stanów Generalnym. Pewnym jest, że idzie nowe. Ale co potem?

Na razie jednak ocalałych rycerzy Amboise czeka jeszcze jedna bitwa w możliwe że decydującym starciu między Drachenami i Ambozyjczykami.

  • konsekwencje społeczno-gospodarcze wymarcia ambozyjskiej szlachty na polu bitwy
  • Akademia domaga się zmian w aparacie administracyjnym
  • spory o ziemie wśród dziedziców poległych
  • planowane zwołanie Stanów Amboise na 535
I1: Kintore, I2: Arges, I3: Thanlocke, I4: Hazarlarim, I5: Karia, I6: Larraine, I7: Finsternis, I9: Samarkanda, I10: Teredon, I11: Dunthain/GM
Awatar użytkownika
Ellahar
Posty: 3426
Rejestracja: 09 lis 2016, 20:23

Re: Wydarzenia

Postautor: Ellahar » 09 lip 2018, 12:51

Księstwo Wallachii
534 RS*

*Roku Solickiego
12b8301b447198ab9144b5eb00e39b81.jpg


Granica murelsko-generyjska należała do jednej z tych, których przebieg łatwo można wytyczyć. Tam gdzie teren był płaski leżała Mureliana, tam gdzie wypiętrzony- Generia. Po murelskiej stronie leżało jedno, jedyne wzgórze, oddalone od innych. Nazywano je „ostatnim wzgórzem”. Stan ten nie zmieniał się przez długie lata aż do roku 534. Wtedy to Tankred „Złe oko” Etcheverry (nazwisko przyjęte od nazwy jego siedziby) ogłosił się księciem Wallachi. Mimo tego granica była jak zazwyczaj spokojna… ale nie dzisiaj.
***
To był piękny dzień, słońce grzało jak nigdy ale ożywczy wiatr pozwalał przetrwać nielicznym podróżnym. Na horyzoncie pojawiła się plamka. Z każdą sekundą rosła a wokół niej gromadziły się tumany kurzu. Plamka zwiększała się aż można było rozpoznać jeźdźców. Całą chmarę. Dojechali do „ostatniego wzgórza” i zatrzymali się. Zsiedli z koni. Szczególnie w oczy rzucała się dwójka młodych ludzi- około osiemnastoletni chłopak i o dwa-trzy lat młodsza od niego dziewczyna. Chłopak zsiadł szybko z konia i pomógł dziewczynie zsiąść. Oboje ubrani byli w stroje wskazujące na ich zamożność i wysoki status społeczny. Otaczali ich żołnierze, noszący tarcze ze smokiem- symbolem królestwa Mureliany.
-Zostańcie tutaj, pilnujcie koni. My za niedługo wrócimy- powiedział chłopak.
-Dobrze książę, tylko proszę nie oddalajcie się za daleko. Odpowiadamy za was i jeśli coś wam się stanie, to król Stefan nakaże nas nabić na pal- odpowiedział strażnik, będący najwyraźniej oficerem.
Młodzi jak by tego nie dosłyszeli i zaczęli wspinać się na wzgórze. Dotarli na szczyt. Rozlegał się z niego widok na okolicę, na piękne, porośnięte drzewami i krzewami wzgórza i małe, pasterskie wioski.
-Widzisz siostro? To na tych wzgórzach zaczyna się Wallachia. Dzika kraina, do niedawna formalnie należąca do królów generyjskich. Chociaż faktycznie to od wielu lat jedyną władzą był w niej oręż i pieniądz. Mniej więcej z dziesięć lat temu Generię trawiła paskudna wojna domowa. Ponadto w Murelianie szalał konflikt, który później doprowadził do zdobycia naszej pierwotnej stolicy i poszerzeniu naszych granic… To były okropne czasy, kiedy tysiące ludzi zginęło a handel zamarł. Jednakże przedsiębiorczy kupcy nie mogli pozwolić sobie na taką stratę pieniędzy. Postanowili stworzyć nowy szlak, przez Kresy Generyjskie. Dogadali się z miejscową szlachtą i dowódcami band maruderskich, by za opłatą pozwolili im przejechać i chronili ich w czasie przeprawy. To wydarzenie było kamieniem milowym w rozwoju tej krainy. Jej mieszkańcy zaczęli szybko się bogacić a fakt, że władza królewska tutaj nie docierała, sprawił, że całe złoto pozostawało w kieszeniach jej mieszkańców. Ponadto wielu uciekało tutaj przed sprawiedliwością i sądami królewskimi. Zresztą ten proceder trwał od lat. Pamiętam jak nasz tata opowiadał o tym, jak jego stryj Imre próbował za pomocą poselstw przekonać króla generyjskiego do wydania buntownika Tulanyego, który uciekł na Kresy. Oczywiście poselstwo nie przyniosło skutku i bardzo możliwe, że jeszcze na nich żyje.
-Czyli w Wallachi nie istnieje żadna, potężniejsza władza?- spytała dziewczyna.
-Tak jak mówiłem, Konstancjo, ten teren przez dziesiątki lat tylko teoretycznie należał do Generii, bo rządzili na nim lokalni watażkowie. Czy teraz jest inaczej? Raczej nie, chociaż twój przyszły mąż- Tankred- zdołał zebrać wokół siebie grupę wielu potężnych wojowników i dawnych rycerzy zakonnych. Są mu niezmiernie posłuszni i wykonują jego polecenia. Mówią, że jest najpotężniejszą osobą w Wallachi. I ja w to wierzę, bo inaczej nie zdołałby obwołać się księciem tej krainy.
-A opowiesz mi o nim trochę, Kolomanie? Jakie o nim krążą plotki- spytała Konstancja
-Cóż… powiadają, że pochodzi z królewskiego rodu. Był drugim synem króla Hermudii. Jego przyszłość nie klarowała się zbyt jasno- zapewne jedyne na co mógł w przyszłości liczyć, to jakiś tytuł w tamtejszej, skomplikowanej hierarchii dworskiej. W każdym razie postanowił wstąpić do Zakonu Złamanego Miecza, z nadzieją, że będzie mógł uczestniczyć w prowadzeniu polityki zakonnej a w przyszłości może nawet zostać wielkim mistrzem. Potem nastąpiła wojna na północy, w czasie której zakon dostał srogiego łupnia. Podobno Tankred zbuntował się przeciwko wielkiemu mistrzowi, wybuchła bójka w czasie której przywódca zakonu skończył z rozwaloną głową. Tankred zabrał ze sobą część wiernych sobie rycerzy i postanowił wybrać życie awanturnika-banity. Po wielu przygodach trafił na Kresy. Przy okazji stracił oko, podobno w Tercenii napadł na kilka karawan i chciano go oślepić. Zanim jego drużyna go uratowała, to stracił jedno oko. Ale to tylko pogłoski. W każdym razie przybył na Kresy, pokonał kilku miejscowych watażków, powiększył swoją drużynę i obrabował wielu podróżnych i miejscowości. Podobno dysponuje niezłą sumką. Zresztą na pewno nie będzie ci tam źle.
-Mam taką nadzieję, nie zdzierżę smrodu piwa, potu i futer. -powiedziała Konstancja, poprawiając swoje długie, jasnoblond włosy.
-Cóż, na twoim miejscu nie liczyłbym, że będzie ci zamawiał perfumy i wschodnią biżuterię jak nasz ojciec.- zaśmiał się Koloman.
-Zobaczymy… najwyżej uproszę tatula by mi je przysyłał.
-Chciałbym zobaczyć jego minę, gdy to o to poprosić! Dobra, wracajmy już bo robi się zmrok a do zamku jest trochę drogi.
Po chwili oboje zeszli na dół. Wsiedli na koń i pod eskortą udali się w drogę powrotną.
***
-To opowiedz, Tankredzie, chociaż powinienem teraz powiedzieć „wasza książęca mość”, jak to się stało, że zostałeś księciem?
- Przestań Rolf, ty jako mój przyjaciel nie musisz się tak do mnie zwracać. Lepiej polej wina, zamiast tak kłapać jęzorem. Już ci mówię.
Rolf wziął butelkę i nalał do dwóch kielichów. Jeden z nich podał Tankredowi. Ten po wypiciu łyka, zaczął opowiadać:
-Jak doszedłem do władzy książęcej? To długa droga… W czasie której straciłem w Tercenii oko. Ale zresztą wiesz, że kiedy przybyłem na to zapomniane przez Generię miejsce, to zdołałem sobie podporządkować sobie część tutejszych watach. Zdobyłem wpływy, robiąc kilka rejz na niepokorne osady. Złupiłem karawany, które nie chciały mi płacić za ochronę. I tak się dorobiłem. Kiedy wybuchła wojna generyjsko- panorska to postanowiłem wykorzystać sytuację. Wysłałem posła do tego, Rossa, niech dziad przewraca się w grobie. Taki z niego lew jak ze mnie baba. Ale do rzeczy. Wysłałem do niego mojego najcharyzmatyczniejszego człowieka. Ten przedstawił propozycję: „wasza królewska mość uzna Tankreda Etcheverry jako księcia Wallachi, zrzeknie się roszczeń do Kresów a w zamian książę wspomoże was w walce zbrojnej.” I wiesz co ten sukinsyn powiedział? „Generia nie oddaje ziem nikomu”. To się wkurzyłem i postanowiłem, że jeszcze mnie popamięta. Nie zdążył bo kopnął w kalendarz. I dobrze, nie płaczę za nim. Ale zanim dotarła do mnie ta wiadomość, to przybył tajny posłaniec od Stefana…
***
Trójka konnych wjechała na podwórze siedziby Tankreda Etcheverry. Szybkie spojrzenie na wygląd budynku pozwolił im uznać, że jego właściciel jest osobą majętną. Ale dorobkiewiczem. Wszyscy zeszli na ziemię. Podeszła do nich grupa uzbrojonych mężczyzn.
-Który z was to poseł?- spytał najszpetniejszy z nich, wyglądający na ich przywódcę.
-Ja- powiedział starzec w ciemnym płaszczu, spod którego wyzierał murelski smok.
- Wódz na ciebie czeka… wchodzisz tylko ty, twoi ludzie zostają na zewnątrz- powiedział zbir, zapraszając gestem do wejścia.
Poseł po krótkiej chwili zawahania wkroczył do budynku. Został poprowadzony do bardzo jasnego ale małego gabinetu. Nie licząc biurka, w pomieszczeniu stało kilka szafek i dwa krzesła. Na jednym z nich siedział dość młody mężczyzna, z przepaską na jednym oku.
-Witam- przywitał się mężczyzna- usiądźże- dodał przysuwając kielich napełniony winem.-Jaką to propozycję ma dla mnie Stefan?
-Król Stefan Arkad, król Mure... –zaczął poseł
-Do rzeczy
-Oferuje wam w zamian za zbuntowanie się przeciwko Warenzom i hołd, tytuł margrabiego Wallachi oraz rękę swojej córki, Konstancji Arkad.
Tankred wziął do ręki kielich i zaczął się nim bawić. Minęła dłuższa chwila zanim przerwał ciszę, jaka zapadła.
-Szczerze mówiąc, to podobną ofertę dawał mi ten pies, Ross. Nikomu hołdu składać nie będę. Nie zegną karku przed żadną pierdoloną, koronowaną głową. Ale teraz ja mam dla was propozycję… Wy uznacie mój tytuł niezależnego księcia Wallachi, dacie mi tą Konstancję a w zamian zawrzemy sojusz wojskowy. Co o tym myślicie?
-Zgoda- powiedział po chwili poseł.
-Świetnie, przenocujcie u nad do rana to zdążymy ją jeszcze spisać i zawieziecie ją Stefanowi.
***
…ten zaoferował mi tytuł margrabiego i swoją córkę za żonę. Córką nie pogardziłem, bo potrzeba mi młodej baby ale o tytuł zacząłem się kłócić. W końcu stanęło na tym, że uzna mój tytuł książęcy. Ponadto zobowiązał się przekonać Dunthain do zrobienia tego samego. No i co? Zostałem księciem, proste do diaska.
***
Tankred Etcheverry, książę Wallachi, wyszedł na zewnątrz swojej siedziby. Był to umocniony dworek, zdobyty na niepokornym szlachcicu-rywalu kilka lat temu. Na dawnym kresach nie powstały żadne miasta ani zamki więc ta skromna siedziba musi na razie posłużyć za stolicę nowego bytu politycznego. Drewniany, zbudowany w mieszance stylu ambozyjskiego i generyjskiego. Wiele osób zza granicy uważać pewnie będzie to za kiczowaty wytwór nowobogackiego gustu. Raczej nikt jednak tego nie powie na głos, z uwagi na wybuchowy charakter nowego księcia.
Przed głównym zabudowaniem stał sługa Tankreda.
- I jak?- spytał, jakby od niechcenia, książę.
-Gustaw „Krwawy topór”, Olaf Rolisson, Herman von Tussen i Witalij z Czarnej Skały uznali nasze zwierzchnictwo.
-A stary Barnaba?
-Uciął naszemu posłańcowi język.
-Nakaż Dużemu Jeanowi złapać go i przynieść mi jego głowę.- powiedział bez zastanowienia książę.
-Tak jest.
-I każ wbić słupy graniczne z herbem i napisem „Wallachia”. Kupcy muszą wiedzieć, że teraz to ja tutaj rządzę i tylko ode mnie zależy, czy przyjadą przez moją krainę czy nie.
-Tak jest, z ostatniego rajdu mamy w niewoli grupę kamieniarzy to przymuszę ich do przygotowania tych słupów.
-Dobrze. Załatwiłeś budowniczych?
-Tak książę, wszystko będzie gotowe na przyjazd księżniczki Konstancji.
-Świetnie, nie chciałbym, żeby miała mnie za jakiegoś barbarzyńskiego dzikusa, co nie mieszka w drewnianej chałupie ze świniami.

  • Na tzw. Kresach Generyjskich powstaje Księstwo Wallachii
  • Pierwszym księciem zostaje Tankred I Etcheverry, wywodzący się podobnież z dalekiej Hermundii
I1: Epiria/Zakon św. Joneasza | I2: Communio Angelorum/Westuria/Uther | I3: Antiochea | I4: Angelon | I9: Civitas Ordinum | I10: Zerruko | I11: La Repubblika/GM
Awatar użytkownika
Skryba
Posty: 9394
Rejestracja: 09 lis 2016, 17:43
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: Wydarzenia

Postautor: Skryba » 13 lip 2018, 14:47

Connaht
535 RS*

*Roku Solickiego
fellowship.jpg


Dziennik Shannona O’Baile, Dzień 1. Wyprawy, 21 Kwietnia 530 roku

Wraz z moimi braćmi Réamonn, Seanán zostaliśmy zaproszeni przez Brata Cadfaela na przyjęcie. Zdziwieni byliśmy, bo ino raz z Bratem gadaliśmy i to nie zbyt długo. Jednakże z braćmi nie zwykliśmy odmawiać darmowych pieczeni i napitków. Było nas wszystkich 25, wraz z naszą trójką i z Bratem Cadfaelem. Ponoć każdy z nas dał się bratu poznać jako dzielny awanturnik, chętny przygód i nie bojący się niczego. Nas wziął dzięki temu, że Seananowi pewnego dnia ALE wszedł za mocno i opowiadał jak to ze swoimi braciszkami ubił olbrzyma, który zjadał krowy ze wsi Ham, a że dobry z niego gawędziarz to wszyscy uwierzyli, nie spodziewałem się tylko, że te bajdurzenie tak daleko zajdzie. Głupio wyszło. Stary Iain i jego syn Hugh to rybacy, którzy to ponoć zapuszczali się daleko poza wybrzeże i zawsze przywozili największe ryby. Viking, Harailt i Hearn to dziwaki, pochodzą z jakiejś wioski tuż przy Arreacie i wesoło mieli z dzikusami, ponoć regularnie lali się po lasach i okradali się wzajemnie. Trochę straszni, nie polubiłem. Ahearna i Skelly’ego to ja kojarzyłem, to są synowie ciotki Grety z wioski Gramm, która jest szwagierką Reamonna. Ponoć nic specjalnego nie dokonali, ale w kościach zawsze wygrywają, na grzybobraniu trafiają na najlepsze prawdziki i ogólnie szczęścia mają co nie miara. Był tam jeszcze Branwalather, coś bajdurzył o tym jak smoka pokroił i w piecu upiekł jego ogon, ale ni to sensu nie miało, ani nawet zabawne nie było. Hicca to szwagier Cadfaela, a Jacca i Quinn to jego bracia, jak fajtłapy wyglądały i trochę się bali. Pewnie przyszli się tylko nażreć i napić, ale głupio im już było odmówić pójścia na wyprawę. O reszcie to ja nic już nie mogę napisać, któryś ładnie grał na dudach, Gowan, albo Tiernan, tak samo wyglądają, toteż nie rozróżniam. Poza tym jeden z gości Brata był z wioski Ham, z tym to ja wolałem nie rozmawiać...

Stół Cadfaela był przyjemnie zastawiony, tłuste sery, suszone wędliny, zioła kiszone i parę dużych beczek piwa. Jedliśmy i gadaliśmy, a Cadfael co jakiś czas uciszał nas, by coś o jakimś kielichu gadać, mówiliśmy mu, że to nie ma co gadać o kielichach gadać, tylko o kuflach i nie o nich gadać tylko z nich pić. Po którymś razie Brat się zdenerwował i powiedział, że jak nie będziemy słuchać jego historii to psami poszczuje, z wyprawy nic nie będzie i żadnego skarbu nie dostaniemy. No tośmy się ściszyli i zaczął gadać. Ponoć Braciszek znalazł w jakiś bibliotekach zapiski o wspaniałym kielichu, który wykonał Dagome i przekazał swojemu uczniowi Armaghowi, ponoć Ci co będą z niego pić będą dłużej żyć, ale tylko jak będą chcieli czynić dobro. Seanan krzyknął, ze lepiej by było jakby się sam piwem napełniał, zamiast życie wydłużać, a Skelly krzyknął, że z taką żoną jaką ma, to on by wolał, żeby mu życia nie wydłużali. Śmaliśmy się. Cadfeal poszedł po psa. Jak już zjedliśmy i wypiliśmy, to wszyscy krzyknęliśmy, że na wyprawe idziemy.

Dziennik Shannona O’Baile, Dzień 3. Wyprawy, 24 Kwietnia 530 roku

Dojechaliśmy wreszcie do Cartenbary. Wstąpiliśmy na farmę Reagana, co by uzupełnić zapasy żywnością i bruchy zimnym ALEm. Tym czasem wybuchła pierwsza kłótnia w drużynie, Gowan, który był rybakiem kłócił się ze Starym Iainem o wyższości suma nad dorszem. Prawie, zaczeli się bić, ale w porę ich powstrzymaliśmy. Następnie mieliśmy ruszyć przez Dorr Thall i przejść góry Helmar, za którymi mają znajdować się mityczne krainy i kielich Armagha. Trochę żesmy się bali, że nasz dzikusy złapią i zjedzą, ale Viking, Harailt i Hearn zapewniali, że znają te ziemie i nas przeprowadzą tak, że nic nikomu się nie stanie. Nie ufałem, nie polubliłem ich.


Dziennik Shannona O’Baile, 2 Maja 530 roku

Miałem rację, tych trzech dzikusów spieprzyło sprawę. Szliliśmy jakimiś górskimi ścieżkami, ale natknęliśmy się na Arreackich myśliwych, było ich prawie tyle co nas, ale lepiej znali teren. Próliśmy do nich ze swoich łuków, ale byli lepsi. Skelly prawie wbiegł na Khaerończyka z napiętą strzałą, ale ten trafił go tylko w nogę, faktycznie ma szczęście. Stary Iain potknął się o skale i nogę rozwalił, to też go złapali Khaerończycy i utłukli. Harailt ponoć rzucił mu się na ratunek. Jacca ponoć mówił, że ten wariat rzucił się i zaczął Wilczakowi gryźć łapy. Jego też utłukli. Jak żeśmy powiedzieli Gowanowi, że Starego Iaina zabili to uśmiechnął się lekko i powiedział „i bardzo kurwa dobrze...”, Ci rybacy to jednak szajbusi.

Dziennik Shannona O’Baile, 25 Maja 530 roku

Po dość długiej wędrówce przez górskie szlaki dotarliśmy wreszcie do niższych partii. Trafiliśmy do wioski, naopili nas i nakarmili. To co wytwarzali było dość dziwne, nigdy się z czymś takim nie spotkałem, co prawda to był pierwszy raz kiedy opuściłem Connaht, ale mimo wszystko. Hugh opowiadał, że parę razy spotkał Nuukijskich rybaków, oraz Kernijskie plemiona i twierdził, że Ci tutaj wyglądają podobnie, Gowan z kolei mówił, że też widział tamte dwa ludy i Ci tutaj w niczym ich nie przypominają. Ja tam nie wiem: są żółci, mają skośne oczy i prawie nikt tu nie jest wysoki. NA PEWNO nie wyglądają ani jak Connahtyjczycy, ani jak Khaerończycy! Toczyliśmy dyskusje jak powinniśmy się zwracać do tego ludu, po długich bezowocnych kłótniach stanęło na „żółci”. Oddaliśmy im wszystko co zabraliśmy z Connaht na handel, głównie była tu bursztynowa biżuteria. Próbowali to jeść! Jeden zaczął się ksztusić i dławić i z trudem go wyratowaliśmy, później poszli na nas z dzidami, ale jakoś udało się załagodzić spór. Rozłożyliśmy niewielki obóz nieopodal wioski i posłaliśmy do Wielkiego Kapłana raport z zapytaniem co dalej.


Dziennik Shannona O’Baile, 28 Maja 530 roku

Przycisnęliśmy trochę Gowana i okazało się, że nie widział ani nuukijczyków, ani kernów, po prostu nie chciał przyznać racji Hughowi, twierdzi, że jest tak samo głupi jak jego ojciec. Odnowiła się kłótnia o sumy i dorsze, załagodziliśmy ją. Nie mniej wydaję się, że to co mówił Hugh, że Ci tutaj przypominają nuuków i kernów stało się niepodważalne. Tymczasem zaczęliśmy się uczyć ichniego języka, tzn. w większości, bo paru uznało, że jest głupi i przyszli tutaj po kielich, a nie gadać z żółtymi.


Dziennik Shannona O’Baile, 22 Czerwca 530 roku

Przyszedł list od Wielkiego Kapłana, mówił, że dziesięciu z nas ma pozostać w tej wiosce, a reszta ma iść dalej na wschód. Jako, że ja i moi bracia należymy do tej racjonalnej części wyprawy jako piersi zgłosiliśmy sie by zostać. Co prawda przez te oczy żółtych wyglądają trochę jakby nam nie ufali, ale wydaję mi się, że to początek pięknej przyjaźni. No i całkiem nieźle mi idzie nauka tego ich języka: „Bi ovoo idekh durtai”, to znaczy „Ładny dzisiaj dzień”, żółte dzieciaki mnie tego nauczyły. Ahearn i Skelly też zostali, wygrali zostanie w kościach. Poza tym Cadfeal pozostawił nam tych co najgorsi: Hugh i Gowana, bo nie chciał słuchać dalej ich kłótni, Vikinga i Hearna oraz Tiernana, nic o nim nie pisałem, bo nie robi nic ciekawego, taki milczek. Zaczepił nas jeszcze wódz wioski i odradzał dalszą podróż, ponoć nic tam nie ma, chodzą tam tylko myśliwi, by polować na jakieś egzotyczne zwierzęta. Nazywali to „Krajem Duchów”, niezbyt zachęcająca nazwa, ale to na szczęście nie mój problem! Wódz opowiadał nam też co jest dalej na wschodzie, Ahearn, który ponoć najlepiej mówi w języku żółtych (ja osobiście uważam, że radzę sobie lepiej) przetłumaczył, że ludzi tam mają dziwne kształty, czczą wielkie niebo, który raz w roku przybiera postać człowieka i wydaje sądy nad żywymi. Ponoć temu niebiańskiemu władcy służy dwudziestu Królów i czterysta plemion, a jego armia jest wielka i niepokonana. Ale kto wie czy ten partacz Ahearn czegoś nie poprzekręcał.

Dziennik Shannona O’Baile, 5 lipca 530 roku

Okazało się, że „Bi ovoo idekh durtai” nie znaczy „Ładny dzisiaj dzień”, a „Lubię żreć gówno”. Przeklęte dzieciaki!


Dziennik Shannona O’Baile, 13 sierpnia 530

Żółci nie lubią nas coraz bardziej. Umiemy już rozmawiać z nimi coraz lepiej, a mapy terenu są już dość dokładne, ale coś między nami nie iskrzy. Wcześniej nie podobało im się, że uczymy ich o cudach Dagome, teraz jeszcze doszedł fakt, że każdy z nas stara się rozwikłać zagadkę jaką rzucił Skelly „czy cycki też mają skośne?”. Poza tym moi komraci mieli czelność oskarżyć mnie, że nas nie lubią, bo wyjadam za dużo zapasów. Co za bujda. Gowan i Hugh oskarżają się wzajemnie, jak zwykle.

Dziennik Shannona O’Baile, 3 października 530

Wódz zebrał mężczyzn i poszli do nas z dzidami, to chyba oznacza, że mamy sobie pójść. I chyba skorzystamy z oferty, na zachodzie Connaht walczy z Arreatem, toteż zapasy od Wielkiego Kapłana coraz rzadsze. A i informacji od gońców od reszty wyprawy dawno nie było. Pewnie pozdychali po drodzę.

Dziennik Shannona O’Baile, 11 listopada 530

Już się pakowaliśmy i mieliśmy się wynosić, kiedy poinformowano nas, że ktoś od nas włóczy się po znajomych ziemiach. Szybko ich odnaleźliśmy, to był Ewan i Wyllow. Byli zmarznięci wygłodniali i ponoć widzieli przerażające rzeczy. Według tego co udało nam się ustalić prawie wszyscy zmarli z mrozu i głodu, przeżył jedynie Somairhle i Cadfael. Cadfael ponoć otworzył list od Wielkiego Kapłana, w którym wzywał mnicha do powrotu, ten powiedział, że ma to w dupie, albo znajdzie kielich, albo tu zdechnie. Ewan i Wyllow nie chcieli zdychać. Ciekawe co bratu uda się znaleźć, może kielich? Może tego Niebiańskiego Cesarza? A może coś jeszcze innego?


Dziennik Shannona O’Baile, 2 stycznia 531

Całą dwunastką postanowiliśmy zabierać się do domu. Viking i Hearn zaproponowali znowu swoje genialne ścieżki górskie, przez które na pewno nas nie znajdą. Ustaliliśmy jednak inny plan: podzielimy się na trzy osobowe grupki i nimi chcemy przemknąć do domu.


Dziennik Shannona O’Baile, 15 lutego 531

Dotarliśmy do Baltimore, w końcu dom. Obiecał braciom beczkę ALE. Spotkaliśmy tam też dwie inne grupy. Jedna wpadła: Tiernan, Gowan i Viking. Według Aherna Szli za blisko obozu wojennego dzikusów i wpadli na ich czujki. Ale czy mi ich szkoda? Niezbyt: Wariat, milczek i fanatyk rybactwa.

KONIEC DZIENNIKA


Connahtyjska wyprawa na wschód była bez wątpienia interesującym przedsięwzięciem, którą jednak trudno jednoznacznie ocenić. Z jednej strony pochłonęła zasoby Wielkiego Kapłana oraz parę istnień, nie przynosząc namacalnych owoców. Z drugiej jednak strony udało się nawiązać kontakty z ludami żyjącymi po drugiej stronie gór, a dziewięciu członków wyprawy wróciło do Connaht, dość biegle władają językiem tamtejszego ludu, co stwarza nadzieje, że potencjalna, kolejna wyprawa okaże się bardziej owocna. Nie mniej część dworu Wielkiego Kapłana uważa, że kolejna wyprawa nie ma sensu. Trzech członków wyprawy wpadło w ręce Arreatu i ponoć ci również rozpoczynają swoją próbę nawiązania kontaktu ze wschodnimi ludami. Ponadto Borax może być teraz bardziej wyczulony na Connahtyjczyków włóczących się po jego ziemiach. Najciekawszą niewiadomą pozostaje jednak postać Cadfaela i jego ostatniego towarzysza. Kto wie jaką wiedzę przyniosą jeśli uda im się powrócić.

  • wyprawa Connaht sforsowała góry Arreatu i nawiązała kontakt z ludami wschodu
  • cało powraca dziewięciu spośród 24 śmiałków
  • Brat Cadfael oraz Somairhle ruszyli dalej, do kraju Niebiańskiego Cesarza
  • Arreatczycy planują własną wyprawę
I1: Kintore, I2: Arges, I3: Thanlocke, I4: Hazarlarim, I5: Karia, I6: Larraine, I7: Finsternis, I9: Samarkanda, I10: Teredon, I11: Dunthain/GM
Awatar użytkownika
Skryba
Posty: 9394
Rejestracja: 09 lis 2016, 17:43
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: Wydarzenia

Postautor: Skryba » 15 lip 2018, 22:23

Imperius
535 RS*

*Roku Solickiego
hattin_02.jpg


Jedną z pierwszych rzeczy, których uczył się rekrut w regimentach palatynackich był marsz. Godziny i dni marszu wokół placu treningowego, marsz w palącym słońcu i siekącym deszczu. Instruktorzy musztry byli bezlitośni przy wpajaniu nowym żołnierzom słynnej dracheńskiej dyscypliny i karności. Żołnierz miał wszystko robić perfekcyjnie - nawet chodzić. Choć Hans szedł południowym gościńcem samotnie, to nadal wyglądał jakby maszerował... Odróżniało go to wyraźnie od zwyczajnych łazików, wędrownych parobków czy kupców, wędrujących od wioski do wioski - i każdy kto go zobaczył, wiedział że ma do czynienia z żołnierzem. Słońce powoli zachodziło, jednak na horyzoncie widać już było wioskę. Była ona niewielka, acz schludna i uporządkowana, z regularnie rozmieszczonymi wokół centralnego placyku domostwami. Panujący we wsi nastrój określić można było tylko jako spokojny. Zboże spokojnie szumiało, krowy porykiwały w obórkach przed wieczornym udojem, a siedzący na ławeczce przed lokalną karczmą starcy wygrzewali się w ostatnich promieniach słońca, nie zwracając większej uwagi na przybysza. Tutaj, w Sudbergu, wojna istniała tylko w opowieściach, przekazywanych nad kuflem piwa.

Hans skierował się prosto do karczmy, nazwanej bez większego polotu "Przy Gościńcu". W środku niewielu było gości. Wojna na północy i południu nie sprzyjała podróżom czy handlowi, a wiodący przez wieś szlak nawet w najlepszych czasach miał najwyżej drugorzędne znaczenie. Prócz właściciela, który mieszał właśnie gotującą się zupę, w środku było tylko dwóch mężczyzn. Hans szybko otaksował ich wzrokiem. Bez większego problemu nadal rozpoznał barwy ich odzienia i wyszyte na koszulach znaki. Ci po chwili wahania gestem zaprosili go do stołu.
- Witamy, witamy... - powiedział siedzący już przy stole wąsacz. - Zawsze to miło spotkać kolejnego z naszych. Palatina jak widać... Ale ni cholery cię nie kojarzę.
- Zaciągnąłem się w trakcie wojny, mało posłużyłem.
- I duża rotacja była, nie zwracałeś pewnie uwagi na świeże mięsko, Jurgen. - mruknął trzeci żołnierz.
- Rota... co? - zamrugał przybyły.
- Wymiana. - krzywo uśmiechnął się żołnierz.
- Lejtnant lubi takie trudne słowa. Uczony i te sprawy. - powiedział wąsacz.
Młody żołnierz słysząc że ma przed sobą oficera, z wrażenia poderwał się i stanął na baczność.
- Siadaj. - machnął ręką lejtnant. - Wojna się skończyła i skoro tu siedzimy, to już w armii nie jesteśmy... No i jak siedzimy, to głupio o suchym pysku... Piwa! - krzyknął do karczmarza. Ten raz jeszcze zamieszał chochlą, po czym sięgnął po dzban i kubki. Po chwili stanęły one przed gośćmi. Lejtnant nalał każdemu, po czym pochłonął swoją porcję jednym haustem.
- W sumie nie widziałem żadnego chłopaka z Palatiny. - powiedział lejtnant. - Słyszałem że po tym jak Fryc padł na serce, to się rozpadł. Prawda to?
- Ano. - odpowiedział młody żołnierz. - Oficerowie powiedzieli, że każdy może robić co chce, bo oni pod Werterem i Barhem służyć nie będą. Solity nas puścili.
- I co na południe idziesz? - zapytał wąsacz.
- Ano. Słyszałem, że dalej się tam wojna, a ja tylko walczyć umiem... No to pewnie tym... najemnikiem zostanę.
- Niezły pomysł. - Lejtnant nalał sobie kolejny kubek. - Ja idę do Fryslanów, a sierżantowi po drodze, bo wraca do domu w Ashmarch... W dwójkę raźniej i bezpieczniej.
- To nie zostajecie w regimentach? - zapytał niepewnie młody.
- Pieprzę to. - lejtnant upił łyk piwa. - Nigdy nie lubiłem służyć pod Werterem, kutas mnie nie lubił zawsze, a teraz miałby mi panować... U Fryslanów spokojnie, może zaciągnę się do straży miejskiej, albo kupców będę w podróży pilnował. Jak powiedziałeś, walczyć tylko umiem.

Cała trójka zamilkła. Dalsza rozmowa jakoś się nie kleiła. W karczmie powoli robiło się coraz ciemniej. Okna, zakryte półprzejrzystą błoną słabo przepuszczały ostatnie promienie wieczornego światła. Karczmarz dorzucił jednak do ognia, rozjaśniając nieco półmrok. W milczeniu sączyli piwo, rozpamiętując wydarzenia kilku ostatnich lat... Nad ziemiami Palatynatu powoli zapadała noc...

***


Po czterech latach zmagań zakończyła się wojna w Palatynacie, znana także dla solitów pod nazwą Czwartej Kołomyi. W wyniku serii porozumień pokojowych zwycięska koalicja solicka zawarła pokój z południowymi sojusznikami pokonanych Drachenów i dokonała rozbioru Palatynatu. Jego ziemie podzielone zostały między zwycięzców, a jedyną pozostałością władzy Drachenów są wasalne księstwa dawnych generałów armii palatyna, utworzone w Sudbergu i Draslau. Gdy armie powracają do domów, a na wyniszczone wojną ziemie powraca spokój, warto pochylić się nad wydarzeniami ostatnich lat... Jak i zastanowić co do nich doprowadziło.

Wraz z kresem istnienia Palatynatu swój koniec znalazło również prawie trzysta lat imperialnego dziedzictwa Henryka von Drach, znanego jako największy zdobywca w dziejach Imperiusa (tym przydomkiem obdarzyli go zresztą potomni). W roku 258 na czele swej armii wkroczył na ziemie zamieszkałe przez plemiona Panorczyków. Historia wielkiego podboju zaczęła się od podbicia terenów wokół ujścia rzeki Panor, gdzie Henryk założył Adlersburg, wtedy mały gródek strzegący ujścia - dziś, stolicę Marchii Panorskiej. W przeciągu dziesięciu lat von Drach pokonał panorskie plemiona, wkraczając również do niedawno wyzwolone spod ambozyjskiego panowania Naggurd - i pod Khorn Drek pokonać wojska naugrimskich klanów. Wzmocniony tymi zwycięstwami, w roku 268 Henryk koronował się na pierwszego Imperatora. Podboje Henryka Zdobywcy były również początkiem długiego konfliktu między Ambozyjczykami i Drachenami. W owym czasie, arcyksiążęta Amboise rościli sobie prawo do zwierzchnictwa nad ziemiami nadpanorskimi - lub jak je nazywali - Parnois i zajętego przez Drachenów Naggurd. Choć po klęsce pod Gorondem, dekadę wcześniej, arcyksięstwo było cieniem samego siebie, to ścierające się ambicje Lotara IV i Henryka von Drach musiały doprowadzić do wojny. W roku 269, w trzydniowej bitwie na Krwawym Polu, Amboise zostało zdruzgotane - a arcyksiążę klęknął przed Henrykiem von Drach, składając mu hołd. Był to moment tryumfu Zdobywcy... A z potęgą jego Imperium mogło rywalizować jedynie Cesarstwo Solaroi na południu.

Następcy Zdobywcy okazali się jednak nie dorównywać założycielowi Imperium. Ich władztwo od poczatku swego istnienia wstrząsane było religijnymi niepokojami, buntami Ambozyjczyków i Naugrimów czy sporami między dracheńskimi elektoratami (które swój szczyt znalazły podczas tak zwanej Rozdartej Dekady, gdy doszło do koronacji dwóch cesarzy jecznoeśnie). Secesja Amboise w roku 378 zapoczątkowała kolejny okres rebelii, gdy zjednoczeni pod sztandarem Kołomyi solici ścierali się z Imperium. Pomimo początkowych sukcesów i okupacji całości ziem ambozyjskich, ostatecznie Dracheni zmuszeni byli do ustępstw - w 409 Sejm w Kaiserburgu nadał Amboise autonomię i prawa imperialnego elektoratu - takowy przywilej otrzymali również Naugrimowie. Śmiertelnym ciosem dla starego Imperium były Złote Gody. Śmierć ostatniego cesarza Franciszka I z rąk Hermudów, zapoczątkowała chaotyczny okres walk wewnętrznych, gdy najazdy obcych ludów, powstania ludowe i walki między dracheńskimi możnymi unicestwiły prawie wszystkie dawne eletoraty... poza Sternwaldem. Jego palatyn - Peter II zdołał odnieść zwycięstwo, jakie by ono nie było i ustanowić nowy porządek na gruzach Imperium. Zawarty w Ratburgu Kompromis przywrócił związki między Amboise, Konfederacją Kantonów Naugrimskich i Palatynatem, odnawiając przy tym instytucję Imperium. Nie udało się jednak przy tym obrać kolejnego cesarza, zastępując go osobą Namiestnika. Kompromis jak i wydarzenia nadal miały wpływać na współczesną politykę regionu - w tym właśnie czasie od Imperium odłączyła się Marchia Panorska, Alzacja została nadana zakonowi Mieczowników jak i doszło do konwersji palatyna na dolizm.

Z czasem dojść miało do coraz większej erozji struktur Imperium. W roku 477, po kompromitacji ostatniego z Namiestników, nie udało się wybrać następnego, a Kolegium Elektorów przestało zbierać się niedługo potem. Wszystko miało zmienić się wraz z panowaniem palatyna Ottona IV, który w przeciwieństwie do swego ojca (ten nie bez powodu otrzymał przydomek "Gnuśny") miał ambicje i wolę, aby spróbować wskrzesić dawną chwałę dracheńskiego Imperium. Zwołany przez niego w roku 517 zjazd w Revenburgu nie przyczynił się jednak do naprawy zerwanych więzów między krajami Imperium. Oburzeni "dyktatem Savoiskim", Naugrimowie opuścili rozmowy, a w ślad za nimi niedługo potem podążyli Ambozyjczycy. Panowanie Ottona IV upłynęło więc głównie pod znakiem polityki południowej, gdy Palatynat zaangażowany był w wojnę w Velletri.

Lata po feralnym zjeździe nazwać można ciszą przed burzą. Nad regionem zbierały się bowiem czarne chmury - a punktem zapalnym stać się miała Alzacja. Prowincja ta znajdowała się we władzy solickiego zakonu Mieczowników, ale zamieszkiwała ją zróżnicowana pod względem religijnym i narodowościowym ludność. Władza zakonników nienawidzona była zarówno przez solitów jak i dolitów, ze względu na ich opresywną politykę - jednak niechęć do zakonu była jedynym co jednoczyło mieszkańców Alzacji. Napięcia między solitami i dolitami narastały od dekad - a ogłoszenie dolitów heretykami na Soborze Prawdy z pewnością nie posłużyło poprawie relacji między dwiema wielkimi religiami Imperiusa. Zaangażowanie się zakonników na północy tylko podgrzało nastroje w Alzacji. Podczas procesji w dniu solickiego święta, pozostali w prowincji bracia zakonni zostali wymordowani, a Alzacja pogrążyła się w chaosie. Arcyksiążę Lotar IV i palatyn Fryderyk III wspólnie podjęli działania mające na celu zaprowadzenie porządku (rzecz jasna porządku odpowiadającego im) w prowincji - a przeciw nim wystąpiło odrodzone Wielkie Królestwo Naugrimskie, chcące bronić swoich interesów w strategicznie położonym regionie. Niespodziewana solicko-dolicka koalicja odniosła zwycięstwo, zabezpieczając Alzację - która stała się neutralnym księstwem.

Wojna nadal jednak trwała - a Palatynat w sojuszu z Tacją kontynuował walkę przeciw Naugrimom, najeżdżając samo Naggurd. Powody tej wojny nie są do końca pewne, a każda ze stron podaje inne wyjaśnienie - jednak to czy dux tylko szukał pretekstu do ataku, czy też mścił się za próbę podważenia jego honoru przez Naugrimów, nie jest w istocie ważnym. Konflikt trwał przez pięć długich lat, podczas których rejzy i działania wojenne wyniszczyły całe połacie Naggurd i Tacji. Długoletnie zaangażowanie Palatynatu w wojnę wykorzystać miał chcący zrzucić wadzącą mu zależność od sąsiednich mocarstw król Velletri, Filibert di Savoia. Pokonał on wojska margrabiego Henryka von Revenkreuz (który był gwarantem dracheńskich wpływów w Velletri), tym samym rozpoczynając kolejną fazę zmagań na południu. W wojnę zaangażowała się tam Republika, widząca w konflikcie nową okazję na poniesienie rewolucji na wschód... Jednak okazję miał spróbować wykorzystać nie tylko Filibert.

***


W końcowej fazie działań wojennych, wojska Palatynatu atakowane były przez nadzwyczaj licznych bandytów, pozbawionych zajęcia najemników i solickich fanatyków. Na ich czele stał niejaki Laurenty de St.Kitty, znany fanatyk, który dowodził alzackimi ochotnikami, wspomagającymi w poprzedniej wojnie armię Amboise. Zbóje de St. Kitty'ego napadali na trasy zaopatrzeniowe walczących w Engurd żołnierzy Fryderyka, sabotując trwające działania wojenne. Palatynowi nietrudno było zgadnąć kto stoi za de St.Kittym - arcyksiążę Lotar. Oskarżony o stanie za ostatnimi wydarzeniami, Lotar... wypowiedział wojnę Palatynatowi. Miał przy tym wsparcie margrabiego Panorii (później do solickiej koalicji dołączył również książę Alzacji, Otton de St.Gilles). W roku 531, wojska solitów podjęły w znacznej mierze nieudaną próbę przekroczenia Panoru.

W tym samym roku, Tacja zawarła pokój z Naugrimami, porzucając swoich dracheńskich sojuszników - korpus ekspedycyjny Palatynatu doznał wtedy potężnych strat, gdy musiał wywalczyć sobie drogę odwrotu. Myliłby się jednak ten, kto myślał że Tacja całkowicie zerwała wtedy swój sojusz z Drachenami. Na południu doszło bowiem do niespodziewanego sojuszu. Drachenowie, Tacja i Republika zakopali topór wojenny i wspólnie dokonali podziału Velletri. W ten sposób powstała silna koalicja, mająca stawić czoło soltom na północy. Oczywiście należało również pokonać Velletryjczyków, którzy nadal stawiali zacięty opór... Ale to był już problem Republiki. Wojna rozszerzała się coraz bardziej, gdy do władanej przez von Mansteinów Tercenii wkroczyły wojska Generii i Sjudaleny, chcące odzyskać ten niedawno oderwany od Królestwa Generyjskiego obszar. W ten sposób wojna nad Panorem doprowadziła do wybuchu kolejnego konfliktu (który w ciągle zmieniających się konfiguracjach, nadal trwa na północy Imperiusa).

Wojna w Palatynacie stać się miała wojną świętą - i wojną totalną. W roku 532, Wielki Teogonista ogłosił świętą wojnę przeciw solitom - na co Amboise i Panoria odpowiedziały ogłoszeniem IV Kołomyi. Zastępy fanatyków gromadziły się po obu stronach i szybko stało się jasnym, że walczący nie będą dawać sobie pardonu. W roku 532, solici przekroczyli Panor na całej jego długości, a fanatyczni kołomyjcy Volkmara Ponurego okrutnie złupili Zeeland. Choć grabieże i rejzy są normą na Imperiusie, to wojna w Palatynacie miała przyjąć wyjątkowo krwawy przebieg, z wojskami solitów niszczących wszystko na swojej drodze. Rok 533 był momentem najbardziej zaciętych zmagań, gdy w serii bitew poległy tysiące wojowników po obu stronach. Klęska poniesiona nad Panorem przez próbującą wyrwać się z zaciskającego się okrążenia wojsk tacyjsko-dracheńskich armię Amboise była tak druzgocząca, że w jednej bitwie poległa ponad połowa rycerstwa arcyksięstwa! W tym samym roku solici odnieśli jednak zwycięstwo pod Heidelbergiem, które uznać można za decydujące dla przebiegu wojny. Solici spalili potem starą imperialna stolicę - Kaiserburg jak i najświętsze miejsce dolizmu - zamek Selem, bezczeszcząc przy tym groby imperatorów jak i zwłoki proroka dolizmu - Angusa de Morris. Z okazji postanowił również skorzystać król Mureliany, Stefan który najechał ambozyjską Akwitanię - jednak po wybuchu epidemii, jego armia zatrzymała się, a niedługo potem, Mureliana zawarła pokój z Amboise.

Wraz z zakończeniem się wojny w Tercenii, solici mogli zgromadzić wszystkie dostępne im siły. W roku 534, zdemoralizowana brakami w zaopatrzeniu, spowodowanymi przez rajd naugrimskich najemników w służbie Amboise, armia Tacji poniosła klęskę, a Dracheni wycofali się na wschód Sternwaldu - ich stolica w Revenburgu została zaś oblężona.

Rok 535 miał być ostatnim w tym niszczycielskim konflikcie. Po klęsce w Sternwaldzie, Republika i Tacja zawarły pokój z solitami i wycofały swoje armie na południe. Tym samym Drachenowie pozostali osamotnieni, z ich władcą oblężonym w swej stolicy, a znaczną częścią kraju w ruinie i okupowaną przez solitów. Oczywistym było, że wojna dobiega końca... Co rozumieli również generałowie armii Palatynatu. Niedługo po odwrocie południowców, zaczęli oni rozmowy pokojowe z solitami.

Gdy generałowie van Werter i van Barh podpisali Instrument Kapitulacji, oznaczało to faktyczny koniec działań wojennych. Wojska Palatynatu w Sternwaldzie złożyły broń. Palatyn Fryderyk, porzucony przez swoich sojuszników i armię, zmarł w Revenburgu - ponoć na wieść o kapitulacji, miał doznać śmiertelnego w skutkach ataku serca. Po śmierci władcy, nawet znany ze swej lojalności regiment "Palatina" utracił wole walki i zdecydował się otworzyć bramy stolicy. Wkroczenie do niej wojsk solitów było ostatnim aktem wojny.

W wyniku konfliktu Palatynat przestał istnieć. Zwycięzcy dokonali rozbioru kraju. Ostatecznie rozwiązano również Imperium, a podpisujący traktat zadeklarowali że żaden z nich nie będzie nigdy próbował objąć tytułu Palatyna Sternwaldu czy Imperatora Drachenów - w ten sposób chcąc wymazać wszelkie ślady ich istnienia z oblicza Imperiusa. Do Panorii bezpośrednio wcielone zostały prowincje Zeelandu, Drachii i Ashmarchu, co daje von Mansteinom kontrolę nad znaczną częścią ziem dawnego Palatynatu jak i nad ujściem Panoru, niezwykle ważnym z punktu widzenia handlowego czy strategicznego. Księstwo Alzacji poszerzone zostało o tereny Sternwaldu - jednak stało się przy tym państwem lennym Amboise, które przywróciło tym samym swoje dawne wpływy w tej części Imperiusa. Prowincje Draslau i Sudberg nadane zostały dracheńskim generałom - van Barhowi i van Werterowi, którzy poddali wojska Palatynatu. Sudberg stało się wasalnym krajem Amboise, a Draslau - Panorii. Za nimi podążyły niedobitki wojsk Drachenów. W ramach traktatu zadeklarowano tolerancję religijną dla dolitów - jak i zwrot zamku Selem i szczątków Angusa de Morris (a właściwie tego co z nich zostało), Wielkiemu Teogoniście. Rozwiązano również Ligę Centralną, a jej aktywa przejąć mają Gildie Kupieckie Panorii i Amboise - zniesione zostały również godzące choćby w Naugrimów cła i ograniczenia handlowe. Pokonani Revenkreuzowie zostali wysłani na dwór margrabiego Panorii i arcyksięcia Amboise, gdzie zapewne czeka ich życie w swoistej "złotej klatce", jako niezwykle cennych "gości'.

***


Choć pełne konsekwencje zakończonej wojny pokaże dopiero czas to już teraz jasnym jest, że wywoła on polityczne trzęsienie ziemi. Wraz z rozbiorem Palatynatu znika lokalne mocarstwo, które przez ostatnią dekadę w znacznej mierze kreowało sytuację w tej części Imperiusa, W wyniku tego powstała polityczna próżnia. Zastępy wojsk Palatyna stanowiły groźbę, z którą liczyć musieli się wszyscy sąsiedzi - co widać było choćby po kryzysie w Związku Fryslan czy wojnach na południu. Panoria i Amboise zapewne nie będą w stanie w takim samym stopniu oddziaływać na sytuację na południu i zachodzie, co sprawia, że Związek Fryslan nie musi obawiać się już interwencji Drachenów. Brak palatynackiego czynnika w wojnach na dalekim południu również może zachwiać istniejącym tam balansem sił - być może prowadząc do przełamania trwającego od ponad dekady statusu quo. Wraz z rozwiązaniem Imperium, Amboise i Konfederacja nie muszą już liczyć się z wynikającym z tego choćby i minimalnymi, ograniczeniami w ich polityce. Arcyksięstwo i Panoria wyszły z tej wojny z dużymi zdobyczami - przy czym Panoria zajęła o wiele większy obszar, jednak wyniszczony działaniami wojennymi. Potrzeba czasu aby wyklarował się nowy porządek i nowe sojusze w tej części świata... Jednak raczej pewnym wydaje się, że rozgrywającymi będą Amboise i Panoria, wzmocnione nie tylko zdobyczami terytorialnymi, ale i zyskujące prestiż w solickim świecie po sukcesie IV Kołomyi.

Wpływ tej wojny na solizm również może być znaczny. Upłynęła ona pod znakiem rozłamu wśród solitów, gdy Sjudalena i Generia odmówiły wsparcie kołomyi, uznając ją za bezprawną i korzystając z okazji, atakując Tercenię. Być może jest to znak nadchodzącego rozłamu między solitami? Zwycięstwo IV Kołomyi wzmacnia pozycję Panorii i Amboise - Generia zaś walczy z trudem o przetrwanie. Relacje między Sjudaleną i krajami Kołomyi również mogą ulec pogorszeniu, z oboma stronami mającymi powody do chowania urazy.

O wiele bardziej potężny impakt wojna będzie zapewne miała na dolizm. Palatynat był jego sercem, a jego władcy, protektorami całej wiary i zwolennikami jej najbardziej ekspansywnej wersji. Velletri jest zbyt słabe aby objąć prymat w doliźmie... Co pozostawia tę możliwość Fryslanom i Republice - jednak czy istnieje tam takowa wola? Wielki Teogonista ma według traktatów, pozostać w Selem - tym samym będąc pod czujnym okiem margrabiego Panorii. Pytaniem jednak jest nie czy, a kiedy dojdzie do pierwszych sporów... Jest jednak możliwym, że koniec wojny oznacza przetrącenie kręgosłupa dolizmu, a przynajmniej zahamowanie jego ekspansji.

Sam Palatynat jest wyniszczony wojną. Wiele wiosek, miasteczek czy nawet miast zostało złupionych lub i doszczętnie zniszczonych a ludność doznała znacznych strat. Wielu Drachenów emigruje do wasalnych księstw na południu, co może dalej wyludnić kontrolowane przez solitów ziemie - wielu żołnierzy udało się zaś wraz z pozostałościami Czarnej Armii do Tacji, aby tam wstąpić na służbę duxa. Inni z kolei rozproszyli się choćby po Fryslan i Republice - być może zasilą oni kompanie najemnicze, na które zawsze jest zapotrzebowanie. Pomimo brutalności działań, władcy w zaskakujący sposób usiłowali nie naruszyć handlu i mimo trwających świętych wojen nie naruszali istnienia handlowych lig czy gildii swoich rywali. Choć tak czy siak nie było bezpiecznie podróżować po Palatynacie, to wraz z końcem wojny kupcy mogą powrócić na szlaki, jednak powrót do normalności zajmie z pewnością wiele lat. Rozwiązanie Ligi Centralnej pozostawia próżnię, którą mogą chcieć wykorzystać kupcy z innych krajów...

Nie mniej znaczące są skutki społeczne. Druzgoczące straty poniesione przez stan rycerski Amboise rozbudziły ambicje technokratów z Akademii Amboise, chcących dokonania reform mających posłać tradycyjny, feudalny porządek do lamusa. W Amboise zwołano obrady Stanów Generalnych, na których podjęta ma być dyskusja o zaproponowanych reformach. Kto wie do jakich zmian doprowadzi to w arcyksięstwie? Amboise zwyciężyło... Ale czy będzie tym samym Amboise to wcześniej? Panoria z kolei musi zmierzyć się z wyzwaniem posiadania licznej populacji dolickiej - wraz z aneksją zachodniego Palatynatu, około jednej trzeciej populacji Marchii składać się będzie z dolitów.

  • koniec "Wojny Palatynackiej"
I1: Kintore, I2: Arges, I3: Thanlocke, I4: Hazarlarim, I5: Karia, I6: Larraine, I7: Finsternis, I9: Samarkanda, I10: Teredon, I11: Dunthain/GM
Awatar użytkownika
Skryba
Posty: 9394
Rejestracja: 09 lis 2016, 17:43
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: Wydarzenia

Postautor: Skryba » 18 lip 2018, 15:34

Imperius
535 RS*

*Roku Solickiego
migration.jpg


Wielu, prostych ludzi nawet nie zdaje sobie sprawy jaki wpływ na ich życie ma polityka. Obchodzi ich tylko obsiane pole, szczelny dach w chałupie odziedziczonej po przodkach czy to, czy na zimę ich dzieci będą głodować czy nie. Wojny, spory, roszczenia nie obchodzą ich. A tymczasem to one mają decydujący wpływ na ich życie. Mogą na przykład zmusić ich do opuszczenia swoich domów… jak to ma miejsce ostatnimi czasy na całym kontynencie.

Od czasów III kołomyji dla Jandaridów nastały złe czasy. Ich własne państwo zostało podzielone pomiędzy trzy kraje. Największą powierzchnię dawnego Andrahatu dostała Mureliana, państwo które przez dziesiątki lat żyło w strachu przed sąsiadami zza Sekwany. W tym miejscu należy jednak wspomnieć o pewnym dość zabawnym fakcie: prawdziwych Jandaridów w Murelianie już nie ma. Dlaczego? Przez lata wielu z nich zasymilowało się z Mureliańczykami; zawierano małżeństwa mieszane z których rodziły się dzieci. Najczęściej wyznawały one wiarę jandaridzką, jednakże kultywowały wiele elementów tradycji murelskiej. W konsekwencji tuż przed upadkiem Andrahatu prawdziwych Jandaridów było niewielu. Zgromadzeni byli głównie w dawnej dzielnicy pałacowej. A jak wiadomo, kiedy zdobyto Utracone Miasto, to ta dzielnica jako pierwsza poszła pod miecze.

W każdym razie króla Stefana II kompletnie nie obchodziło, czy „Jandaridzi” tak naprawdę nimi są czy tylko mieszanką murelsko-jandaridzką. Tuż po objęciu tronu zaczął dobitnie dawać im we znaki, że nie są mile widziani. A to dziwnym trafem dla robotników jandaridzkich zabrakło pieniędzy na wypłaty, a to służby nie mogły znaleźć sprawców podpaleń ich domów... Toteż rozpoczął się jandaridzki exodus. Część uciekła do Ordy. Większość jednak poszła na północny-wschód, do Arreatu. Król Borax był i jest bardzo przychylny Jandaridom, utworzył nawet Bejlik Kandaru i nadał im autonomię. Wielu przy nim zgromadzonych zapewne myśli o odbudowie własnego państwa. Do tego jak na razie długa a i krwawa droga. Ale kto zabrania marzyć…

Od niedawna prawnie równie popularnym celem stało państwo Millingów. Dla Despoty poddany to poddany, ważne, że płaci podatki. A co równie ważne, Volkan Aydin (Jandarida z dziada-pradziada) uzyskał tytuł marszałka pogranicza. W związku z tym trochę Jandaridów starało się przekroczyć granicę. Stefan II jednak nałożył na nich identyczną opłatę jak w przypadku tych, udających się do Arreatu. Zdenerwowało to Volkana Aydina, który poprosił Despotę o możliwość eskortowania swoich pobratymców znad granicy. Ten zgodził się. Marszałek pogranicza wziął ze sobą drużynę i ruszył w kierunku Murelii. Tam doszło do konfrontacji z jednym z nadgorliwych urzędników, który „w imię prawa” obrabowywał wszystkich próbujących przekroczyć granicę. Wywiązała się walka, padło kilka trupów. Co ważne, umożliwiło to dużej grupie Jandaridów przekroczenie granicy bez płacenia opłat. A pogranicze wrze. Nie wiadomo również jak Stefan zareaguje na wieść o tym incydencie… Na pewno relację pomiędzy Despotatem i Murelianą nie będą tak dobre jak dawniej.

Po odejściu Jandaridów przed królem Mureliany stanął kolejny problem. Co zrobić z ziemią i majątkiem przez nich zostawionym? Ziemi i chat było tyle, że aż żal by się miały marnować. Ponadto wiele z nich było naprawdę w dobrym stanie.
Pragmatyczny król Stefan postanowił zaprosić do siebie osadników z zachodu i północy: z Amboise, Generii, Panorii oraz Tercenii. Co prawda na apel odpowiedziało ich trochę ale nie było ich aż tylu, ilu król się spodziewał. Dlaczego? Tych państw nie dotknął gwałtowny wyż demograficzny w związku z czym nie było i nie ma komu przybywać. Bo po co, skoro na miejscu mają ziemię przodków a i nie muszą narażać się w trakcie podróży? Ah, gdyby zaproszono ludzi z dalekiej północy, jak Dunthain, Arreat czy Connaht... Tam potencjalnych osadników, ludzi bez zajęcia i grosza przy duszy, jest od groma ale najwidoczniej Smok z Mureliany celowo nie wysłał tam swoich sług.

W tym momencie Stefanowi jak z nieba spadło zakończenie wojny w Palatynacie i przybycie poselstwa, na czele z Andreasem van Rassenbauerem. On i jego ludzie byli zainteresowani osiedleniem się w Murelianie. Jednakże pod pewnymi warunkami. W czasie rozmowy ustalono, że król zagwarantuje Drachenom wolność religijną a i zwolni ich na pewien czas z podatków. W zamian mieli tłumnie przybyć do Mureliany, gdzie zostanie nadana im pojandaridzka ziemia. I tak też się stało, statut został wydany a wielu majętnych, a przede wszystkim wielu pracowitych i sumiennych ludzi przybyło do kraju. Na pewno zmienią przynajmniej częściowo oblicze Mureliany, szczególnie pod względem gospodarczym. Pod wieloma względami rolnictwo palatynackie było bardziej wydajne od murelskiego. Możliwe, że stworzą ciekawe enklawy na murelskim pograniczu, z unikalną kulturą, nie widzianą na tych ziemiach nigdy.

Kolejnym kierunkiem migracji dracheńskiej jest Związek Fryslan. Sąsiedztwo z upadłym Palatynatem, bliskość kulturowa oraz niegdysiejsze silne wpływy polityczne Drachenów sprawiły, że przybywać tam zaczęła (oczywiście, za pozwoleniem lokalnych władz) przede wszystkim elita: duchowieństwo, kupcy, rycerstwo oraz prawie wszyscy zakonnicy. Głównym powodem ich ucieczki była niechęć do życia w upokorzeniu i hańbie, na terenie jednego z dwóch marionetkowych państw dracheńskich- Dreslau i Sudbergu. Co ciekawe, do Fryslan przybyło również wielu zmęczonych wojną Velletryjczyków. Wpływ na to na pewno miał fakt, że w tamtejszej gościnie przebywa król Filbert. A zresztą, gdzie indziej mogli by uciekać? A we Fryslan dostali oficjalne pozwolenie na osiedlanie się. Dość szybko i spokojnie asymilują się : obecnie małżeństwa mieszane są tutaj na porządku dziennym.

Do Fryslan uciekają przede wszystkim Velletryjczycy z prowincji. Natomiast ci, mieszkający w stolicy i jej okolicach obecnie wybierają inny kierunek podróży- królestwo Hermudii. Ich delegacja przybyła do pałacu w Palermo i uzyskała oficjalne pozwolenie Wilhelma II na osiedlanie się na wyspie Elba. Przypomnijmy, zamieszkałej w dużej mierze przez dolitów. W związku z tym na wyspę zaczynają uciekać kupcy, rzemieślnicy, kobiety, dzieci i starcy- jednym słowem, osoby nieprzydatne w trakcie oblężenia. Jak na razie nie jest ich jeszcze zbyt wielu, gdyż Republicca wprowadziła blokadę morską- tylko nielicznym statkom udałoło się przedrzeć. Ale jeśli Hermudowie zatopią republikańską armadę to napływ uchodźców się zwiększy. Dla gospodarki wyspiarskiego królestwa to na pewno dobrze. Z drugiej strony mieszkańcy Elby są zaniepokojeni tak nagłym przybyciem osób, mimo że tej samej wiary, to odmiennych kulturowo. A i wyspa ma też swoją pojemność. Nie pomieści wszystkich Velletryjczyków więc ich nadmierny napływ może ją przeludnić a w konsekwencji wywołać niepokoje.

Migracje dotknęły też królestwo Altris. Ocieplenie klimatu doprowadziło do gwałtownych zmian na terenie pustyni Ara. Wysychające oazy i wymierające stada zmusiły Beduinów do emigracji na zachód, do jedynego sąsiada, Altris. Początkowo osiedlili się w prowincji Altris ale ciągłe pustynnienie tych terenów a także niechęć władz centralnych do budowy kanałów irygacyjnych, mających temu zapobiegać, sprawiły, że i tu w oczy zaczął zaglądać im głód. Na szczęście dla nich, król Herakles wydał im pozwolenie na osiedlanie się w głębi kraju. Nawet w stolicy! W związku z tym całymi rodzinami ruszyli na cały obszar państwa. Władze Altris liczą na dogodną współpracę z przybyszami a oni się cieszą, że mają gdzie mieszkać. Jak na razie dopiero klimatyzują się, chociaż tutejszy klimat zupełnie im odpowiada. W domach zostały głównie kobiety i dzieci, mężczyźni natomiast walczą wraz z królem Heraklesem na wojnie przeciwko Tacji. No właśnie, tu rodzi się pytanie: co się stanie, kiedy zabraknie wspólnego wroga? Beduini znaczącą różnią się od Altryjczyków, czczą innych bogów, mają własne zwyczaje. Czy dojdzie między nimi do konfliktów? Zobaczymy, jak na razie współpraca układa się owocnie.

  • pokłosiem wojen stają się masowe migracje, jakich Imperius nie widział od dziesiątek, czy nawet setek lat
  • Jandaridzi dalej migrują do Arreatu i Ordy, ale pojawia się nowy kierunek - Despotat Millingów
  • Volkan Aydin temperuje urzędników króla Stefana w ich okrutnym trybucie dla uchodźców, możliwy konflikt dyplomatyczny
  • Miejsce po Jandaridach zajmują nieliczni koloniści z serca solickiego świata oraz sporo Drachenów
  • Drachenowie i Velletryjczycy zasiedlają także Związek Fryslan
  • Mieszkańcy stolicy Velletri próbują uciekać na hermudzką Elbę
I1: Kintore, I2: Arges, I3: Thanlocke, I4: Hazarlarim, I5: Karia, I6: Larraine, I7: Finsternis, I9: Samarkanda, I10: Teredon, I11: Dunthain/GM
Awatar użytkownika
Skryba
Posty: 9394
Rejestracja: 09 lis 2016, 17:43
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: Wydarzenia

Postautor: Skryba » 31 lip 2018, 14:41

Generia
536 RS*

*Roku Solickiego
Obrazek


Wkraczając do Generii właściwiej od zachodu, od strony rozległych pustek Mor Bail czy łagodnych, wiecznie zielonych wzgórz Mor Dail, większość podróżników obiera jeden z dwóch najpopularniejszych szlaków prowadzących wgłąb górzystej krainy. Znacząca część decyduje się ruszyć dalej jeszcze, wzdłuż granicy generyjsko-dunthaińskiej poprowadzonej wedle dopływów wielkiej rzeki Sibilingi. Tam to przekroczyć może strudzony wędrowiec jeden z licznych dobrze utrzymanych, szerokich mostów, zmierzając na południe przez pasmo niewysokich gór zwanych Tronem Warenzy - od osobliwego kształtu szczytu widocznego wyraźnie od dunthaińskiej strony - wprost do centralnej, gęsto zaludnionej Generii Głębokiej, bądź też zrezygnować z przeprawy i zmierzając wciąż prosto na zachód wkroczyć do Generii od strony Pomorza, gdzie wysokie, ośnieżone szczyty obramowują żyzne, nawadniane dziesiątkami małych rzeczek równiny. Karawany kupieckie szukające szczęścia w królestwie Warenzów właśnie te szlaki obierają najczęściej. By przedostać się jednak do centrum Generii od zachodu wybrać można też mniej uczęszczane ścieżki. Należy wówczas szybko skręcić górskimi ścieżynkami bezpośrednio na południe, wędrując z Mor Bail prosto w stronę groźnych, huczących burzami gór okalających ogromną dolinę w której rozciąga się serce Generii niczym wieniec. Wówczas droga prowadzi przez Przełęcz Księżyca. Droga jest trudna i niebezpieczna, prowadzi wzdłuż stromych urwisk i przez gęste, niezamieszkane przez nikogo poza solickimi pustelnikami puszcze w których grasują wciąż stada wilków oraz, jak niesie plotka, w których, u podnóży starożytnych szczytów, spotkać można nadal, czasami, lwy górskie. Wielu jednak twierdzi, że warto. Przełęcz, długa i wąska, łukiem otacza Generię właściwą od zachodu i ustępuje wreszcie miejsca jałowym wzgórzom na południu, te zaś ciągną się pofałdowanymi dolinami aż do stolicy. Mniej więcej na środku przełęczy wznosi się dumna cytadela, piękne dzieło dekad prac wynajętych w tym celu naugrimskich inżynierów. Wysoki, dumny zamek o pięciu obłych wieżach przypomina wznoszącą się ku chmurom dłoń, gotującą się do zaciśnięcia żelazną pięść - żelazną pięść Lwiego Tronu. To tutaj, w tej przełęczy, prosty wieśniak, John, przeprowadził owczymi ścieżkami armię Wielkiego Króla gdy ten podbijał opierające mu się u zarania Generii górskie plemiona. John otrzymał następnie od Wielkiego Króla przełęcz w dziedziczne lenno, ród zaś założony przez niego trwał wiernie przez stulecia na straży wschodnich rubieży władztwa Lwiego Tronu. Jeden z wysokich placów cytadeli zdobi pyszna rzeźba przedstawiająca Johna klęczącego przed Wielkim Królem z pochyloną w poddańczym geście głową.

W pustych komnatach opustoszałej cytadeli mieszkają ptaki. Uwiły sobie gniazda pośród wymiętych, zakurzonych stron bibliotecznych ksiąg, na pustym siedzisku lorda cytadeli. Krew Edgara, praprapra... dalekiego wnuka Johna, wsiąkła w ziemię na bezimiennym polu bitwy gdzieś na zachodzie, pod murami miasta Bristol. Poddani Edgara rozbiegli się, umykając z niegościnnej, górzystej prowincji. Dom Księżycowego Johna zgasł, dynastia przeminęła. Przejścia przez Przełęcz nie strzeże już nikt poza wilkami i górskimi lwami... które widuje się coraz częściej, jak za najstarszych z dni przed długimi pokoleniami. W samej zimnej i martwej fortecy tylko jedno naprawdę się zmieniło. Piękna rzeźba, duma cytadeli, stoi strzaskana. Głowa Wielkiego Króla zniknęła, jego ręce zaś, wzniesione w geście tryumfu, odłamane u łokci porastają na ziemi kwiatami.

Przemija postać świata.

Któż zbierze wszystkie czyny Wielkiego Króla, tego, który założył Generię? Jest rok 133 liczony od narodzin Gjìlcissy, króla Nilnjìôla, tego, kogo solici od wschodu do zachodu świata nazywają Wcielonym. Starożytne miasto Sjiôl nad wodami Zatoki Tysiąca Żagli - wciąż zresztą tam jest, tylko nosi już inne imię, jak niemal wszystko od tamtych starych dni - gdzie na Jadeitowym Tronie zasiada jego praprawnuk, Igjìlassa zwany Czerwonym. Mężczyzna poważny, stateczny, o spokojnej, pociągłej, posągowej twarzy ozdobionej gęstą grzywą rdzawoczerwonych włosów. Woli polować i żeglować niż zajmować się swoim królestwem rozdzieranym od wewnątrz przez waśnie i konflikty. Oto jednak pewnego dnia, gdy praprawnuk solickiego Boga siedzi na swoim niewygodnym kawałku kolorowej skały, do długiej, pysznej sali tronowej wkracza mężczyzna. Jest samotny, ale potężny, nad wszystkimi góruje o głowę jeśli nie więcej. Skórę spaliło słońce, po jasnych, błękitnych oczach znać jednak, że to człowiek z północy. Niemal nagie ciało pachnie cynamonem i innymi przyprawami południa, przykryte jest zaś wielką skórą. Jest gorąco, przeraźliwie gorąco. Igjìlassa drzemie na Jadeitowym Tronie. Młody człowiek przepycha się i gdy w końcu gwardziści dostrzegają go powala ich szybko na ziemię, od każdego strażnika bucha chmura pyłu z naruszonego makijażu na pomalowanej twarzy - kto by się spodziewał, że trzeba będzie faktycznie strzec króla, potomka samego Zjednoczyciela...? Król wybudza się, powstrzymuje gestem pędzących w stronę intruza kolejnych żołnierzy. Spogląda w dół z wysokości siedziska. Młodzieniec pada przed królem na kolana, zrzuca z szerokich barów skórę i rzuca ją w stronę Jadeitowego Tronu. To wyprawiona skóra lwa. Nie górskiego jednak jakich mnóstwo jeszcze w tamtych czasach pośród skalistych szczytów północy. Ten lew ma potężną, dumną grzywę i ogromne kły szczerzące się z martwej paszczy. Igjìlassa patrzy we wbijające się w niego z nienawiścią oczy jedynego syna. W głębi serca żałuje, że zgwałcił tamtego dnia tę praczkę, tę, która potem miała czelność pojawić się na dworze z koszykiem i rozwrzeszczanym bachorem pod kocami.

Varinassa, bękarci syn króla na Jadeitowym Tronie, zostaje wygnany ze Sjiôl. Przez lata błaga niewzruszonego ojca o uznanie, o uśmiech, o spojrzenie. Gdy kolejni dziedzice z prawego łoża giną złożeni chorobą Igjìlassa zapada się w sobie, wycofuje ku przyjemnościom, ku łowom i leśnym zakątkom. O rękę jego jedynej córki toczą wojnę frakcje szlachty i wszyscy feudałowie pod Jadeitowym Tronie. W kilkanaście lat później zjednoczona przez jego prapradziadka Nilnjìôla ugnie się i rozpadnie na ponad pokolenie, gdy wojna o sukcesję przeniesie się z dworu na pola bitew. Może gdyby Igjìlassa nie wzgardził synem spłodzonym w jakiejś bezimiennej wiosce...? A jednak tak się stało, co zdecydowało o losach północy na niemal pół tysiąclecia. Varinassa lata spędził na południu, walcząc jako gladiator na solaryckich arenach, jako najemnik dla naugrimskich klanów. Tamtego upalnego dnia zrozumiał, że nawet spełniając życzenie ojca, by wrócił gdy pozna trochę świata i zrozumie swoje miejsce, nigdy nie znajdzie jego akceptacji. Nienawidzi swojego ojca. Rusza więc z pogrążonej w degrengoladzie Nilnjìôla, mija liczne posągi swojego dawnego przodka, dumnego Gjìlcissy. Przewyższę cię, myśli.

Jest rok 142 liczony od narodzin Gjìlcissy, króla Nilnjìôla, tego, kogo solici od wschodu do zachodu świata nazywają Wcielonym. Zimne wichry dmą nad doliną zasłaną trupami, dziesiątkami sztandarów i strzaskanymi totemami zapomnianych bogów. Długi szereg postaci zgiętych nisko czołga się w szeregu smagany batami w stronę samotnego wzgórza na którym stoi naprędce sklecony z dębowego drewna tron. Na tronie zasiada wielki mężczyzna o jasnej jak słońce grzywie i gęstej brodzie. Szerokie ramiona ozdabia wypłowiała lwia skóra. Jeden po drugim pognębieni wodzowie generyjskich plemion całują stopy brodacza by następnie, wciąż szorując twarzami po brudnej, zakrwawionej ziemi, zostać zaciągniętymi w stronę nagiego drzewa nieco dalej. Na drzewie wiszą dziesiątki ciał. Varinassa odbiera hołd. Pobił wszystkich rywali, wielu własnoręcznie zadusił albo skręcił im karki. Minęło już wiele lat od śmierci jego obojętnego ojca, nieco mniej od kiedy dumni szlachcice posadzili na Jadeitowym Tronie jego siostrę jako swoją marionetkę, a mimo to Varinassa wpatruje się w ciężkie od śniegu, czarne jak smoła chmury. Widzisz mnie ojcze?, myśli. Widzisz mnie siostro? Krzywi się gdy dotyk śliskich warg przywódcy plemienia z północy, tego któremu wydłubał oczy, przywraca go do szarej rzeczywistości. Ryczy ze wściekłości i kopniakiem gruchocze rywalowi twarz. Wstaje zamroczony furią i okłada jęczącego coraz ciszej dzikusa mieczem, bije, bije i uderza, aż zwłoki zmieniają się w krwawą masę kości i mięsa. Dyszy ciężko. Półnagie szamanki tańczą wszędzie dookoła zbierając kotłujące się duchy poległych i grając dziwne melodie na długi fletach i szerokich piszczałkach, a szamani, brodaci i wytatuowani, skandują raz po raz: Warenza Warenza Warenza...

Przeminęła postać świata.

Narodziny Królestwa Generyjskiego przypominały nagłe narodziny nowego słońca, eksplodującego w ciemności światłem i żarem. Nagle w północnym skraju środka kontynentu wyrosła potęga zbudowana na zgiętych karkach tysięcy niewolników i potędze oręża dziesiątek klanów zjednoczonych pod jednym imieniem: Warenzy, Wielkiego Króla. Historia jego astronomicznego rozrostu zdumiewała i zdumiewać będzie historyków już zawsze. W miejscu zwanym dziś Generią właściwą, czy też Generią Głęboką, przez długie wieki zamieszkiwały skłócone plemiona spokrewnione z żyjącymi na dalekim wschodzie Khaerończykami - ci to właśnie Khaerończycy pod wodzą króla Gjallara w dawnych czasach ruszyli na zachód, w ogromnym czynie podboju i wędrówki przybywając do Generii. Varinassa przyjął tytuł króla całej Generii w roku 142, rozpoczynając trwającą ponad trzydzieści lat stałą kampanię wojenną. Podporządkował sobie całą Generię, w jego ręce wpadła wkrótce cała Tercenia, wydarta upadającej ojczyźnie w serii szybkich wojen. Varinassa pognębił wszystkich sąsiadów, upodlił Dunthainów na jakiś czas spychając ich daleko aż za wielką rzekę Nis. Zmarł jak żył, w polu. Miał bardzo wielu synów z bardzo wielu żon, szybko bowiem porzucił bogów starej ojczyzny i przyjął żądnych krwi i podbojów bogów nowej. Syn jego, Lorenz Pierwszy, wymordował wszystkich braci i dalej tylko poszerzył władztwo rodzica, przyjmując tytuł króla całej Północy po podbiciu ogromnych obszarów w dzisiejszym Naggaroth i Grestin. Gdy na zachodzie, w na nowo zjednoczonej Nilnjìôla, w roku 186 ogłoszono Gjìlcissę Bogiem Wcielonym w Generii powitano te wieści z otwartymi ramionami. Tak oto monarchia generyjska przekształciła się w teokrację opartą na kulcie boskiej krwi władców. Warenzowie bowiem, tak od generyjskiej wymowy imienia Varinassy nazwano ród panujący, pozostali w pogrążonym w chaosie świecie jedynym domem mogącym szczycić się bezpośrednim pochodzeniem po mieczu od samego Boga. Nikt już wówczas nie pamiętał, że Varinassa narodził się z chłopki i był bękartem. Generia osiągnęła zenit potęgi, jednocześnie tocząc z sukcesami wojny z kolejnymi królami na Jadeitowym Tronie, z plemionami Ambozyjczyków i z ich arcyksiążętami, z Dunthainami i z Panorczykami (tymi pradawnymi, dziwnymi ludźmi sprzed przybycia Drachenów). Przez krótki czas, przez uderzenie serca, przez tak kluczowy, króciutki moment wydawało się, że Warenzowie śmiałością i ciemiężeniem tysięcy sięgną po władzę absolutną, conajmniej nad północą i zachodem Imperiusa.

Słońce jednak osiągnęło zenit i zaczęło chylić się ku ciemności nocy. Warenzowie nie sięgnęli po władzę absolutną. Jak to się stało? Zostawić to należy kolejnym pokoleniom historyków, z których z pewnością niejeden życie strawi na poszukiwaniu odpowiedzi. Obwinia się często zmiany klimatyczne, oziębienie pogody na całym świecie które zaczęło się pod koniec III wieku ery solickiej i trwało aż do początku VI wieku. Czasem wini się zbieg okoliczności. Oto na zachodzie na Jadeitowym Tronie zasiadł znów silny monarcha, Ijon Biały, zaś na południu powstało nowe imperium, prawdziwie imperium zbudowane na podbojach Henryka von Dracha, tego, który zostanie ostatecznie zapamiętany jako największy z żyjących kiedykolwiek zdobywców. Na wschodzie wielka wędrówka ludów znów popchnęła całe klany dunthaińskie na zachód, napór okazał się zbyt silny. Obwiniono kult boskiej krwi, który zmienił dwór generyjskich królów, niegdyś miejsce ciągłej walki o władzę i przewagę, rodzące siłą rzeczy silnych, zdeterminowanych i bezwzględnych Warenzów, w ociekające przepychem i dekadencją miejsce gdzie do coraz słabszych królów na Lwim Tronie Varinassy modlili się poddani i kapłani. Któż jednak zgłębi tajemnicę dziejów? Dość powiedzieć, że w pewnym momencie Generia przestała się poszerzać a zaczęła się kurczyć. Warenzowie gdy już nie mogli mordować przeciwników zaczęli utrwalać swoją władzę mordowaniem poddanych. Kolejni królowie przeprowadzali regularne czystki generyjskiej arystokracji, kolejne wojny chłopskie przeciwko ich tyranii topiono w morzach krwi. Reforma religijna w połowie V wieku zniosła ostatecznie dawno już niepraktykowany kult boskiej krwi władców, nadal jednak okoliczni solici ortodoksyjni patrzyli spode łba na warenzycki solizm Generyjczyków. Szybko stało się jasne, że ten ogromny twór przypominający bestię o ciele zszytym z mięsa dziesiątków stworzeń zwany Generią narodził się i trwa tylko dzięki potędze Lwiego Tronu i strachowi przed nim. Bez niego najpierw pograniczne ludy a potem i kraje bliższe serca królestwa zaczęły ciążyć ku sąsiadom bądź marzyć o niezależności - niezależności od ciężkiego buta Warenzów. Tylko w Tercenii udało się kulturze generyjskiej zadomowić na stałe, tamtejsze jednak rody, tradycyjnie silne i samorządne, wiele wycierpiały przez okrucieństwa Lwich Królów. Powiedzieć wręcz można, że Generia sama zgotowała sobie późniejszy los. Nie tylko antagonizując wobec władzy poddanych, ale też opresyjną agresją jednocząc sąsiadów. To właśnie bowiem przeciwko inwazji Generii skrzyknęli się po raz pierwszy i na stałe Naggarothanie, pod dynastią Malekithów, wyznaniem profetyckim (heretyckim dla Warenzów i innych ortodoksów) i królem Surturem Zdobywcą tworząc po raz pierwszy jedno państwo i systematycznie wypierając Generyjczyków z północy. Dumni Warenzowie wykrwawili się w kolejnych świętych wojnach, wpierw przeciwko Amboise i jego dwuwcieleniu (którą to herezją Lwi Tron postrzegał jako rodzinną wręcz obrazę), a potem przeciwko dracheńskiemu cesarstwu.

Zbyt wiele krwi rozlali Warenzowie. W pewnej chwili okazało się, że nie starczy jej już na obronę własnych posiadłości. W 500 roku Naggaroth odebrało Generii w upokarzającym pokoju Eyrie, zrywając połączenie lądowe z wciąż okupowanym przez Lwi Tron Grestin. Tak oto zaczął się koniec.

Wypadków związanych z krwawym sejmem przybliżać nie trzeba. Wielu mówi, że to właśnie haniebny czyn Lorenza Trzeciego, Szalonego Króla, zapoczątkował ostateczny upadek królestwa trwającego w sercu północy przez ponad trzysta lat. Ci jednak którzy to podnoszą mylą się. Jak bowiem zbudować mocarstwo tylko na strachu? Jak zbudować trwające po wieki dziedzictwo tylko na zgiętych w niewolniczym poddaństwie karkach? Warenzowie nigdy nie potrafili zrozumieć rządu opartego na czymś innym niż ślepa, bezrozumna siła; i los przez długie pokolenia utwierdzał ich w przekonaniu, że taka siła tylko może dać im absolutną, nieograniczoną potęgę. Zgasła jednak chwała pierwszych Lwich Królów. Nadeszły Dni Późne, w których główną zmianą była zmiana w głowach generyjskich sąsiadów: myśl nowa, myśl, że Generię można pokonać i zniszczyć. Tak oto ziarno końca zasiane zostało już pod Drzewem Wisielców w roku 142, gdy Varinassa Wielki Król wykuwał mocarstwo z krwi i kości pognębionych przeciwników, wydzierał je obcej ziemi z szaleństwem i bezrozumnym gniewem. W roku 536 ziarno wydało ostatni plon.

Przeminęła postać świata. Generii już nie ma. Wszystko się zmieniło.

Jest rok 534 liczony od narodzin Gjìlcissy, króla Nilnjìôla, tego, kogo solici od wschodu do zachodu świata nazywają Wcielonym. Trwa wojna, jedna z wielu w dziejach Generii. Jedna z wielu a jednak niezwyczajna. Od kilkunastu lat bowiem Lwi Tron traci kolejne terytoria. Po krwawym sejmie otwartą rebelię podniosły najbardziej oddalone prowincje, Grestin na półwyspie oddzielonym od roku 500 od Generii ziemiami Królestwa Proroka, oraz Tercenia, odłączona od macierzy wysokimi Górami Rdzawymi. Niegdyś niezliczone generyjskie legiony wdeptywałby buntowników w ziemię zaś głowy przywódców niemądrej rebelii ozdobiłyby mury Generii, do którego przez pokolenia kolejni Warenzowie zwozili bogactwa zdobytych krajów. Jednak przecież wszystko się zmieniło... Generia nie wygrała z buntownikami, przegrała i była zmuszona uznać ich niezależność. W istocie Generia nie wygrała już nigdy żadnej wojny. Lwi Tron zorientował się, że jest niemal pozbawiony sojuszników. Królowie z Naggaroth, Ogrodu Północy, Królestwa Proroka, jednej z młodych potęg świata, przekonali się już na przełomie wieków, że Lwi Tron nie jest niezwyciężony, atakowali więc raz po raz. Dunthainowie w pierwszych konfliktach zachowywali chłodną obojętność, gdy jednak dotarły do Mehiru plotki, że Warenzowie chcą sobie świętą wojną przeciwko rzeczpospolitej odbić utratę ziem na południu i zachodzie republika zmobilizowała swoje armie i pod sztandarem Czerwonej Dłoni ruszyła na zachód. Chichotem, a wręcz perfidnym i głośnym rechotem historii było, że po stronie Generii opowiedział się tylko jeden kraj - stara i zmęczona Sjudalena. Dzieje bowiem generyjsko-sjudaleńskie pełne są raczej bratobójczych wojen i konfliktów niż przyjaźni. Choć dziś młodzi śmieją się, że Sjudalena i Generia są jak bracia bliźniacy, wierni sobie w wojnie i w pokoju, to przecież starsi pamiętają, że niegdyś tak nie było, historycy zaś wiedzą, że nigdy wcześniej tak nie było. Jadeitowy Tron w ostatnich kilkudziesięciu latach wszedł jednak w ścisły sojusz z Lwim Tronem, najpewniej po to by chronić status quo na niespokojnej północy. Cóż, los państw bywa przewrotny. Tak oto na chwilę przed zniknięciem z kart historii potomkowie Varinassy, tego który nienawidził Jadeitowego Tronu, pojednali się z nowymi dzierżawcami tego ostatniego z siedzisk, jak starzy rywale jednoczący siły w przegranym starciu z nowym pokoleniem śmiałków. Ambozyjscy trubadurowie pewnie powiedzieliby, że to dobra historia.

Tak oto nowa wojna z Dunthainami jest zwyczajna i niezwykła jednocześnie. Kolejny konflikt zmierzchającego tym razem imperium. Cóż to jednak. Połączone siły sprzymierzone pod wodzą króla Rossa Warenzy, syna Szalonego Króla, tego, który nawet przeprosił oficjalnie na żądanie sjudaleńskich posłów za czyny ojca, pokonują Dunthainów w boju, zajmują część Mor Bail. Wydawało się przez mgnienie oka, że świat wróci na właściwe tory i Generyjczy odbudują dawną siłę. Wcielony jednak kieruje światem w przedziwny sposób. Draśnięcie na boku Rossa Warenzy zmienia się w śmiertelną ranę, król zaś, naprędce przewieziony do ukochanej Generii z ziem znienawidzonych Dunthainów wydaje ostatnie tchnienie. Pozornie niewiele się zmienia. Wojna trwa, zaś następcą Rossa zostaje jego brat Monomach, teraz już Monomach IV. Więzy sojuszu ze Sjudaleną pogłębiają się, Monomach bowiem jest mężem Sjiglun z rodu Anvarrików, córki dawnego króla Sjudaleny Logenbalda Drugiego. Wypadki jednak przybierają niespodziewaną postać, historia nabrzmiewa i pęka, gotowa jest bowiem do ostatecznego rozstrzygnięcia. Oto bowiem nadchodzą wieści ze wschodu, wydarzenia toczą się zbyt szybko by oko nawet wprawnego obserwatora mogło je dobrze uchwycić. Dunthainowie pojmali w boju sjudaleńskiego księcia Gotalta. Jadeitowy Tron decyduje się, że nie warto ryzykować jego życiem, zawiera więc rozejm z Dunthainami i wycofuje się z konfliktu. Przewaga chwili i kontrola terytorium nadal jednak leży po stronie Generyjczyków, choć w samej stolicy panuje zupełny chaos. Ambitny Stefan z Arkadów, Smok Wschodu i król Mureliany, poparł bowiem wcześniej Dunthainów i jako pretendenta przeciwko Monomachowi wysuwa Harolda, wnuka Rossa. Elity w Generii są niepewne, tak nawet jak i członkowie rodu panującego. Wojna potężnieje, Naggaroth znowu rusza do boju dokonując inwazji na Pomorze. Wówczas dzieje się coś czego naprawdę nikt się nie spodziewał. Daleko na wschód od Generii leży Arreat, ziemia górzysta, trudna i wobec człowieka niemal nienawistna. Tam to panuje od wielu dekad wielki król Borax, sławny wojownik, legendarny zdobywca, ten, który po raz pierwszy od niepamiętnych niemal czasów jednoczy wszystkie khaerońskie plemiona pod jednym tronem. Chwała jego niezwyciężonego oręża sięga daleko, jest znany nawet w odległej Fryslandii, gdzie dzieci straszy się krwiożerczym Olbrzymem Wschodu pożerającym niegrzeczną dziatwę. Z nim to i jego niepokonanymi wojownikami szukali sojuszu Warenzowie, starając się znaleźć przyjaciół gdzieś gdzie ich rodzinne okrucieństwo nie jest znane i gdzie jeszcze nie zdążyli zrobić sobie wrogów ze wszystkich dookoła. Ceną tego sojuszu była ręka córki Rossa, Adine, którą sprzedał Lew Północy Arreatczykom, konkretnie najstarszemu synowi króla Boraxa, Amonowi. Adine, jak to czasem bywa, zmarła w połogu dając Boraxowi (i Rossowi) dwoje wnucząt, Ionę i Thane'a. Po nieszczególnie fortunnej śmierci Rossa nikt się w Generii nie przejął jego wnukami z tego dziwacznego małżeństwa, które też zresztą politycznie okazało się jałowe, Khaerończycy bowiem nie pośpieszyli Generyjczykom na pomoc w wojnie - i vice versa. Los jednak zechciał przypomnieć wszystkim o dwójce półkrwi Warenzów na dalekim wschodzie. Gruchnęła bowiem wieść, że młody Thane i jego siostra ogłoszeni zostali nowymi Warenzami, ściśle Warenza-Targosami, zaś Thane został przez ojca i dziadka uznany za lepszego kandydata do tronu niż Monomach Czwarty czy jakiś Harold. Jednocześnie za tą szokującą informacją podążyła następna: wielki król Borax zdecydowany był poprzeć pretensje wnuka do Lwiego Tronu. Na zachód ruszyła armia arreacka. Doszło do porozumienia z Dunthainami, zaś Smok Wschodu Stefan z Arkadów, zapewne licząc na korzyści polityczne i uznanie swojej suwerenności nad Kresami Generyjskimi (które w czasie wojen odpadły od Generii i stały się wasalnym księstwem pod zwierzchnictwem Mureliany jako Wallachia), zapewnił Thane'owi i jego siostrze inaugurację w ortodoksyjnym obrządku solickim. Wojna zmieniła oblicze.

Nawet w Naggaroth się bardzo mocno zdziwili. W Sjudalenie wybuchła panika. Młody król Baldoljin II zdecydował się złamać postanowienia traktatu rozejmowego z Dunthainami na podstawie którego odzyskał z niewoli wuja i jego rycerzy po czym naprędce rzucił wszystko na szalę: Jadeitowy Tron zagwarantował niepodległość Generii formalną umową. Armie sjudaleńskie ponownie ruszyły na wschód, tym razem jednak pod wodzą półkrwi Khaerończyka, wielkiego księcia Tillady, Sajutiliego IX Bolaksa z rodu Losajnolich. O ile jednak w Sjudalenie mówić można o panice to ciężko opisać chaos jaki nastąpił w Generii. Król Monomach nakazał zamknięcie swojej rodziny szczelnie pod kluczem w stolicy, zmobilizował wszystkie siły i zdecydował się podjąć przeciwnika w boju - wzorem długiej listy królewskich przodków. O samym Monomachu mówiło się zresztą różne rzeczy, nikt jednak nie odmówiłby mu odwagi i odpowiednio monarszej prezencji. Wraz z szybko zbliżającymi się do siebie armiami trwała ofensywa dyplomatyczna. W tej ostatniej zresztą Generia była coraz częściej pomijana. Król Sjudaleny pchał posłów na południe i wschód, plotkowano o wymianie listów ze świeżo upieczonym królem Panorii Erykiem von Mansteinem, największym zwycięzcą wojny z palatynatem postrzeganym w całym świecie solickim jako najpotężniejszy z obrońców Świątyni prawowiernej. Nikt jednak nie zechciał ruszyć na pomoc Generii. Ta rozpadała się coraz szybciej. Tajemnicą jawną jest, że miały nawet miejsce pewne ustalenia przeprowadzone przez Sjudaleńczyków ponad głowami sojuszników z Dunthainami i Arreatczykami, nie wiadomo jednak czego dokładnie dotyczyły, nie wiadomo też dokładnie dlaczego właściwie nie doszły do skutku; plotka głosi, że to nieprzejednana postawa Monomacha w parze ze sprzeciwem wielkiego księcia Sajutiliego dowodzącego armią sjudaleńską wobec paktów jego króla doprowadziły razem do tego, że ostatecznie doszło do bitwy. Bitwy pod Generią.

Dawno przeminęła już sława generyjskiego oręża (o orężu sjudaleńskim nie wspominając). Bitwa pod Generią była klęską. Armia stronników praw do tronu Thane'a była ponad dwukrotnie liczniejsza od armii generyjsko-sjudaleńskiej. Po stronie młodego Warenza-Targosa opowiedzieli się nie tylko Dunthainowie z Rzeczpospolitej i Khaerończycy Boraxa ale też Murelczycy Stefana, żywo zainteresowani prawami chłopca któremu udzielili możności zwania się prawowiernym solitą. Sjudaleńczycy i Generyjczycy przegrali. Bitwa szybko zmieniła się w rzeź. Generia wpierw padła pod naporem sił sprzymierzonych ze wschodu a następnie została w dużej części puszczona z dymem. Król Monomach z małżonką i większą częścią dworu oraz dużą częścią sił Generii i Sjudaleny dostali się do niewoli. Na zachód do położonego na wzgórzach Bristolu wycofała się resztka lojalistów Monomacha pod wodzą Ethelwulfa Warenzy, kuzyna władcy, oraz wielkiego księcia, który w tej rozpaczliwej sytuacji przejął w praktyce dowództwo nad całym tym coraz bardziej tragicznym przedsięwzięciem.

Nadszedł czas rozliczeń. Przez jakiś czas zastanawiano się w ościennych krainach czy Sjudalena nadal będzie toczyć wojnę w imieniu Monomacha, czy może do konfliktu włączy się Panoria, czy też może zainteresuje się nim arcyksiążę Lotar VII, od zakończenia zwycięskiej świętej wojny z dolitami zaskakująco bierny na arenie międzynarodowej. Prędko jednak okazało się, że to już faktycznie koniec. Wielki książę w imieniu króla Baldoljina II zawarł pokój menhirski na mocy którego w roku 536 od narodzin Gjìlcissy skończyła się w dziejach kontynentu pewna epoka. Dunthainowie wydali sjudaleńskich jeńców za okupem, w zamian za co Jadeitowy Tron wycofał swoje armie z Generii oraz swoje poparcie dla pozostającego gdzieś w niewoli Monomacha Czwartego. Nowym królem na Lwim Tronie został Thane Pierwszy Warenza-Targos, pierwszy Lwi Król niepochodzący po mieczu od Varinassy a poprzez niego w linii prostej od samego solickiego Wcielonego. Niemal równocześnie z podpisaniem pokoju menhirskiego doszło do odtajnienia części postanowień wcześniejszego traktatu zawartego między Rzeczpospolitą a królem Boraxem. Wedle tychże postanowień tytuł króla Generii ma wkrótce zniknąć, zastąpiony tytułem księcia Glossahire, nową godnością utworzoną przez troskliwego dziadka specjalnie dla Thane'a. Młody książę został obdarzony obszerną radą regencyjną w skład której weszli Dunthainowie i Khaerończycy, w tym Amon, ojciec Władcy-Chłopca. Wraz z wycofującymi się Sjudaleńczykami w samej Generii nastąpiły natychmiast zmiany. Wprowadzenie pretendenta na Lwi Tron bowiem bardzo wielu dawnych, wiernych poddanych Warenzów (a tacy też istnieją) postrzegało jako pogańską inwazję. Generyjczycy ruszyli więc. Całe rodziny i wioski porzuciły swoje domy i udały się na wygnanie. Najwięcej z nich podążyło do Małego Dołka, prowincji generyjskiej udzielonej na podstawie odrębnej umowy Ethelwulfowi Warenzie. Duża część generyjskich emigrantów ruszyła też do Wallachii, jak obecnie nazywa się formalnie dawne Kresy Generyjskie. Nowe księstwo wyrosłe z martwego truchła Generii ograniczone jest obecnie tylko do dwóch dawnych królewskich prowincji. Dawna Generia właściwa nazwana została Grosby, od nowej stolicy wybranej w miejsce spustoszonej Generii, Mały Dołek zaś otrzymał Ethelwulf. Duża część generyjskich poddanych oraz szlachty umknęła na zachód, przez góry przedzierając się do Sjudaleny, gdzie na granicach czekali już na nich strażnicy i żołnierze. Pod protekcję Jadeitowego Tronu umknęły najbardziej negatywnie nastawione wobec Thane'a rody arystokratyczne, w tym ważne rodziny Gewriich i Salzów. Nie jest żadną tajemnicą, że pomimo podpisanego pokoju Sjudalena nadal milcząco sprzeciwia się powstaniu Glossahire i z czasem z pewnością tam będą udawać się kolejni dysydenci. Najmniej uciekinierów wybrało ucieczkę do Generii Pomorskiej (teraz Księstwa Pomorza), sprzedanej przez zarządzającą nią z ramienia Lwiego Tronu rodzinę Fuggerów Naggaroth. Niewielu bowiem Generyjczykom odpowiadała wizja życia pod rządami profetytów.

Nowi włodarze dawnej Generii bardzo szybko jednak i sprawnie postarali się stworzyć choćby iluzję ciągłości instytucji państwowych. Udało im się zjednać większą część pozostałej przy życiu elity, mieszczanie otrzymali też potwierdzenie swoich nowych, udzielonych im przez ostatnich trzech Warenzów przywilejów. Duże zmiany z pewnością zajdą w sferze religijnej. Przywiązany do starych tradycji solizm warenzycki przestał być rytem dworu, który szybko opanowali kapłani murelscy, ortodoksyjni i bliżej związani z rytem sjudaleńskim. W tym też rycie wychowywany ma być sam młody książę Thane'a, co bez wątpienia wpłynie na krajobraz religijny dawnego królestwa - w Tercenii także tępi się solizm warenzycki.

Los pozostałych przy życiu członków głównej linii dynastii Warenzów jest bardzo różny. Nie wiadomo do tej pory gdzie w niewoli przetrzymywany jest dawny król Monomach, wiadomo tyle, że jest dalej więziony. Lwi Tron wraz ze wszystkimi dawnymi insygniami władzy służyć ma teraz w Grosby Thane'owi, tytuł samego króla i samej Generii jednak ma wygasnąć. Niedługo po upadku stolicy, a może w trakcie bitwy - z powodu szerzącej się w cytadeli gorączki obozowej, zmarł młody Harold Warenza, wnuk Rossa, wcześniejszy pretendent wysunięty przez Dunthainów i Murelianę. Najważniejszym w obliczu tego faktu wciąż pozostającym na wolności Warenzą jest Ethelwulf, kuzyn obalonego monarchy, któremu przydzielono w Glossahire pewne godności, w tym tytuł namiestnika. Nowy hrabia Małego Dołka nie ma jednak żony ani dzieci, jego lojalność w nowej konfiguracji politycznej jest też co najmniej wątpliwa. Ciekawie układa się też sytuacja wydanych za ościennych arystokratów kobiet z rodu Warenzów. Jedyna pozostała przy życiu córka króla Rossa, Eleonora, jest bowiem żoną sjudaleńskiego księcia Gotalta, wuja króla Baldoljina II. Dała mężowi już trzech synów i córkę. Wielu najtwardszych oponentów Thane'a w Sjudalenie podnosi, że w obliczu upadku Generii to Eleonora posiadać ma prawo do Lwiego Tronu, a poprzez nią jej dzieci z rodu Anvarrików - niebezpieczne to plotki w obecnym układzie politycznym. Poza tym wżeniona w sjudaleńską arystokrację jest też siostra Ethelwulfa, Sylvia, obecna żona Ajdukana z rodu Njibelunkinków, syna i dziedzica położonego nieopodal granicy z Generią księstwa Itiliny. To właśnie w Itilinie osiedliła się większość generyjskich uciekinierów, wedle popularnej wieści za zachętą księcia Ajdukana. Najbliższe lata pokażą, czy te sjudaleńskie Warenzówny odegrają jakąś rolę w wypadkach w Generii. Byłby to chichot historii, po tym jak Warenzowie ostrzyli sobie zęby na Jadeitowy Tron, gdy Anvarrikowie zaczęli prędko po sobie umierać.

Zniknięcie królestwa Generii z mapy kontynentu ma jednak przede wszystkim znaczenie geopolityczne i to na politykę całego północnego zachodu kontynentu wywrze największy wpływ. Oto bowiem przemija wielkie kiedyś imperium stanowiące punkt wobec którego pozycjonowały się wszystkie inne podmioty regionu. Bezpośrednio na upadku Generii zyska i już zyskuje Naggaroth. W Królestwie Proroka zorganizowano spontaniczne festyny i święta z okazji pognębienia odwiecznego wroga i rywala. Jednocześnie jednak Malekithowie po wyeliminowaniu Warenzów znaleźli się na północy niejako w stanie zawieszenia. Naturalny wydaje się w tej sytuacji konflikt ze Sjudaleną, choć za wcześnie jeszcze by oceniać jaką nową postać przybierze regionalna polityka - zagrożeniem może okazać się też nowa siła Dunthainów. Jadeitowy Tron znalazł się w nieciekawym położeniu. Nie jest dla nikogo tajemnicą, że Sjudalena od jakiegoś czasu pełni niejako rolę spadkobiercy zbierającego po rozpadającej się Generii wszystko co się dało. Obecnie sjudaleński król Baldoljin II jest suwerenem księcia Tercenii Alfreda von Mansteina, ten układ jednak zawarty został w zupełnie innym świecie politycznym. Sjudalena po upadku Generii jest osamotniona w regionie, nie ma bowiem żadnego innego pewnego, naturalnego sojusznika; ze Związkiem Wolnych Prowincji toczyła jeszcze stosunkowo niedawno wojnę, Naggaroth jest jej tradycyjnie nieprzyjazne, zaufanie Dunthainów nadszarpnęła bardzo mocno (być może nieodwracalnie) w imię sojuszu z Generią. W Lwim Tronie Anvarrikowie mieli przez ostatnie kilkadziesiąt lat oparcie, czas pokaże jak odnajdą się bez niego. Liczne pytania rodzą się o stanowisko Panorii i Amboise wobec wydarzeń na północy. Zwłaszcza arcyksiążę może przejmować się wyrosłym mu niejako na głowie potężnym rywalem w postaci zwycięskiej Rzeczpospolitej. Eryk, król Panorii, może łakomym okiem spoglądać na słabe księstwo Glossahire i leżący blisko jego domeny Mały Dołek.

Przeminęła już dawno postać świata. Kontynent wszedł śmiało w nową epokę, wielu zaś uczonych na licznych uniwersytetach głosi, że upadek opartej na niewolniczym poddaństwie Generii jest świtem nowej ery.

  • koniec wojny generyjskiej, powstanie księstwa Glossahire i jego następstwa
I1: Kintore, I2: Arges, I3: Thanlocke, I4: Hazarlarim, I5: Karia, I6: Larraine, I7: Finsternis, I9: Samarkanda, I10: Teredon, I11: Dunthain/GM

Wróć do „Wydarzenia”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość